Pisałam już nie raz, nie dwa, iż obecne lato jest dla mnie specyficzne i na swój sposób wyjątkowe. Tak, wyjątkowe. Bo z jednej strony to co „złe”, ale z drugiej masa tego, co „dobre”! I większość tego dobrego wynikło z tego co złe. Kropka.
Nastała druga połowa sierpnia, wokół nadal zielono, słońce rozgrzewa, ale dzień coraz krótszy, a wieczór coraz chłodniejszy. Nastało babie lato i mimo, że w sercu rodzi się żal za pełnią lata, to nadal jest to bardzo przyjemna część roku.

Ostatnie trzy miesiące to mieszanina zdarzeń, które od zawsze napawały mnie paraliżującym strachem i trwogą serca. Wszystko, absolutnie wszystko co związane z medycyną w połączeniu z moim własnym ciałem, było dla mnie najgorszym koszmarem. Do tej pory pamiętam, gdy moja przyjaciółka uczyła się na ratownika medycznego i gdzieś między wierszami bąkała o potrzebie ofiary, na której będzie mogła uczyć się pobierania krwi. O zgrozo! Nie było takiej możliwości, jeśli chodzi o moje własne żyły. No way!

 

Pozostając w temacie medycznym 😉

… przypomniała mi się historia mojego pierwszego podejścia do wycięcia znamion barwnikowych, potocznie zwanych pieprzykami. W szpitalu onkologicznym w naszym mieście otworzono poradnię znamion skóry i każdy mógł przyjść, by lekarz onkolog sprawdził pieprzyki na całym ciele i ewentualnie skierował z tymi potencjalnie niebezpiecznymi do usunięcia. Jako, że znamion barwnikowych mam na swoim ciele całą masę, to za namową koleżanki, która tam pracowała, postanowiłam się wybrać. Lekarz skrupulatnie mnie obejrzał i mimo masy pieprzyków, stwierdził iż żaden nie jest alarmujący. Mimo to dał możliwość usunięcia tych najbardziej szpetnych.

Umówiłam się na zabieg kilka dni później. Przyjechałam na niego w asyście wspomnianej wyżej przyjaciółki, która miała wesprzeć mnie w ciężkich przeżyciach. Po dopełnieniu wszystkich formalności i otrzymaniu gustownej koszulki zabiegowej usiadłyśmy w sali, która pełniła rolę poczekalni, razem z około 20-toma pacjentami. Mój strach był ogromny. Wszystko wydawało się nierealne i jak za mgłą. Ślina kumulowała się w jamie ustnej i nie było bata, by ją przełknąć. Dłonie spływały potem. Czułam, że jestem zielona, a mój świat rozpadnie się zaraz na kilka kawałków.

Strach był tak gigantyczny, że wystarczyła chwila „bardziej trzeźwego myślenia”, że samej sobie gotuję taki los, stres, gdy lekarz nie widział nic pilącego, a zabieg miał być raczej kosmetyczną fanaberią, niż profilaktyką. Zerwałam się z krzesła, podałam gustowną koszulkę przyjaciółce i powiedziałam, by wszystko załatwiła, a ja czekam na zewnątrz. Zanim zdążyła zareagować, mnie tam już nie było, bo gnałam jak bohater pościgu w amerykańskim filmie. Zatrzymałam się dopiero na zewnątrz budynku, skryłam w cieniu i poczułam w miarę bezpiecznie. Czekałam tak dobre kilkanaście minut nim moja towarzyszka do mnie dołączyła. Mówiąc delikatnie – była wściekła. Musiała tłumaczyć się pielęgniarkom, oddać gustowną koszulkę i odpowiedzieć na kilkanaście pytań, na które rzecz jasna nie miała odpowiedzi. Gdy już jej przeszło i wróciła do stanu normalności, długo śmiałyśmy się z tej historii.

Swoją drogą ciekawe, czy przychodnia nadal działa i nadal jest możliwość zbadania tam znamion.

 

Wracając do teraźniejszości i operacji z końca maja, to mój strach był… sporo mniejszy. Ze szpitalem i oddziałem ginekologicznym byłam już zaznajomiona przy okazji badania drożności jajowodów jesienią ubiegłego roku oraz styczniowego, a zarazem pierwszego terminu operacji. I wtedy, w styczniu tego roku, byłam przerażona na podobnym poziomie, jak lata temu w onkologu. Różnica jednak była taka, że tym razem ta operacja była koniecznością i wiedziałam po co to robię. Druga sprawa, to byłam pod opieką zaufanej pani doktor i co jak co, ale wiedziałam, że jestem w dobrych rękach. Po prostu. Świadomość tych wszystkich faktów, ale również zaufanie, iż Bóg wie co robi i nie da mi zrobić krzywdy, pomogły mi – przy akompaniamencie przyjaciół, przetrwać noc. W dzień operacji niestety okazało się, że odbyć się ona nie może i jednym skinieniem dłoni pana ordynatora zostałam odesłana do domu.

W tamtym momencie czułam żal i ogromną niesprawiedliwość, że mimo tak wielkiego stresu, tak wielu przygotowań i świadomości iż za chwilkę będzie już „po”, musiałam obejść się smakiem. Więcej – musiałam czekać kolejne miesiące na to, by operacja mogła się odbyć!

Z perspektywy czasu jestem ogromnie za to wdzięczna, ponieważ końcem maja szłam do szpitala na luzaka. Wiedziałam jak wygląda przyjęcie oraz poszczególne elementy przygotowań do operacji. Znałam personel, oddział i pod kątem praktycznym byłam maksymalnie przygotowana do tego, co miało nastąpić. Nie powiem, że stresu nie było w ogóle, bo to też nie byłaby prawda. Jednak w porównaniu z tym cztery miesiące wcześniej, był niewielki i do „swobodnego przeżycia”. Co więcej, to przed samą operacją leżałam pod kroplówkami, otoczona przez Mr Hubby i przyjaciółki, i rozmawiałam z nimi z uśmiechem na ustach, żartując i mając się całkiem dobrze. Zaufanie, dane od Boga, utrzymywało mnie w pewności, że tym razem wszystko będzie w porządku, a operacja się uda.

Tak faktycznie było, mimo iż operacja trwała dwukrotnie dłużej niż lekarka się spodziewała. Tak było mimo zakażenia w ranie, które pojawiło się (a raczej ukazało moim i lekarzy oczom) dwa tygodnie później. Zakażenie, przez które musiałam ponownie znaleźć się w szpitalu i przejść intensywną antybiotykoterapię.

Po tym wszystkim proces gojenia się i dochodzenia do siebie był trudny i trwał zdecydowanie dłużej, niż gdyby wszystko poszło zgodnie z planem. Pierwszy miesiąc nie byłam w stanie zrobić nic, nigdzie pójść, czy nawet usiąść przy stole na czas zjedzenia zupy. Efekt? To był czas na porządne wyciszenie się, zastanowienie nad tym co się dzieje dookoła mnie i regenerację.

 

 

Jakie są moje przemyślenia z okresu lato 2019, a co za tym idzie wdzięczności, bo to one i tylko one z tego wszystkiego wychodzą? Babie lato. Podsumowanie sezonu.

Przyjaciele są na co dzień. Jeśli ktoś chce, to przy Tobie jest – a nie będzie, bez względu na okoliczności. Wszelkie gadki typu „jak będziesz w domu / będziesz miała urlop / chorobowe czy inne, to spędzimy ze sobą więcej czasu”. To jedna wielka ściema. Jeśli ktoś chce być przy Tobie, to będzie. Będzie w chwilach dobrych, będzie w chwilach złych, ale przede wszystkim będzie na co dzień. Bez wielkich słów, gadek, zapewnień. Będzie fizycznie, telefonicznie, przez komunikatory internetowe, będzie z Tobą w swoich myślach i modlitwie. Koniec i kropka.

Można kogoś nie widzieć jakieś 20 lat i mieć niesamowitą frajdę z 5 minutowego spotkania, które jest tak ciepłe i życzliwe, że starcza na długo.

To niesamowite doświadczenie, gdy na głowę spadają kolejne zdrowotne potknięcia i wizja nowego zestawu badań, a zanim zdążysz pomyśleć, o tym co trzeba zrobić, przyjaciółka organizuje wizytę u specjalisty i oferuje swoją premię na badanie, żebym mogła zrobić je wcześniej, niż daje możliwość NFZ. Nie było takiej konieczności, ale gotowość do wsparcia niesamowita.

Wdzięczność za dach nad głową i ciasną, bo ciasną Wiśniową, która promienieje tak jak sobie to wymarzyłam, to coś czego w normalnej sytuacji się nie docenia. Własne łóżko, łazienka i wolność Tomku w swoim domku – uwielbiam.

Leniwe poranki na balkonie, z filiżanką kawy i czasem dla siebie – tak długim, jak w danej chwili potrzebowałam, bo „zwyczajny dzień codzienny mnie nie gonił” – czasem z Bożym słowem, jest dla mnie kwintesencją tego lata. Masa wersetów, adekwatnych do sytuacji i problemów, które trawiłam, jest nie do opisania. A co za tym idzie rosnące zaufanie w to, że jestem w najlepszych rękach w jakich mogę być. Bezcenne.

Mimo początkowego oporu i przewracania oczami na widok aparatu fotograficznego, i wszystkie mężowe próby objaśnienia mi podstaw fotografii, przełamałam swój opór i wzięłam byka za rogi. Nie taki aparat straszny i póki co robię drobne postępy. Drobne i chyba nigdy nie będzie to moja bajka, ale…

… ale sporo ratują programy do obróbki zdjęć i nadal nie mogę wyjść z podziwu, ile można z przeciętnego zdjęcia wyciągnąć. To jakiś kosmos, sztos i niesamowita frajda i zabawa w jednym. Póki co to jest ze mnie totalny amator, ale podobnie jak z samym aparatem fotograficznym, z programem do obróbki zdjęć również się zaprzyjaźniam i mogę śmiało powiedzieć, iż ta relacja przebiega zdecydowanie sprawniej.

Jestem niesamowicie dumna z Mr Hubby z tego jak przeszedł ostatnie miesiące. Z człowieka, którego kropla krwi potrafiła przyprawić o mdłości, przeistoczył się w ogarniającego pooperacyjny ambaras bez mrugnięcia okiem. A umówmy się, nie jest to okres gdy kwitniemy kobiecością i powabnością, a jest cała masa chwil, w których nie jesteśmy sobie w stanie poradzić po operacji same. Jednym z momentów przełomowych i takich, które utkwiły mi mocno w pamięci, było pierwsze mycie i rozczesywanie (oooj kręconych) włosów. W moim przypadku nie jest to ani proste, ani oczywiste. Śmiga w tym temacie, a to kropla w morzu. Tak, czy owak – Mr Hubby – jesteś wielki!

Uwielbiam dbać i dopieszczać dom. Wiedziałam to już dawno, ale nie wiedziałam, że aż tak bardzo. Nadal nie śmigam na 100% i okna błagają o umycie, bo ledwo co przez nie widać. Przyjdzie czas i na okna, bo po tym wszystkim co było, nie chcę mierzyć się z motyką na księżyc.

Pisanie bloga, pisanie postów od dawna mnie kręciło, ale przy większej ilości czasu, jaki mogłam na to poświęcić, moja miłość i serce do tego wzrosły. To pozytywny czas, w czasie którego ciągle się uczę. Kilka miesięcy temu sprawy techniczne z pisaniem postów, to było coś, czego nie mogłam sobie nawet wyobrazić, a co dopiero wcielić w życie! Nie będę się o tym teraz rozpisywać, bo chciałabym poświęcić temu specjalny post na pierwsze urodziny bloga, które wypadają początkiem listopada. Mam kilka pomysłów na świętowanie, ale póki co są tylko w fazie pomysłu. Zdradzę, że marzy mi się konkurs z nagrodami. Nagrodami bliskimi yasminsmellowemu sercu.

Przez ostatnie miesiące chodziłam zgarbiona, zagubiona i ciężko było mi wyrazić swoje zdanie. Ostatnio moja postawa mocno się zmieniła i coraz dobitniej klaruje mi się w głowie kierunek, w którym chcę podążać. Jeśli Bóg da, to powoli krok po kroku, będę w tą stronę szła.

Kolejno co za tym idzie, urodziło nam się wspólnie z Mr Hubby kilka marzeń. Marzeń śmiałych i odważnych, że aż strach wymawiać je na głos. Większość niesamowicie trudnych do zrealizowania, jednak… tak dawno nie miałam tyle marzeń, planów i celów. Jest sporo duchowych, sporo mentalnych, ale i takich ludzkich, materialnych również.

Nadal głęboko wierzę w to, że kiedyś zostaniemy rodzicami i w naszym domu pojawi się dziecko. Niemniej kruchość ludzkiego ciała, mijający czas oraz kilka srebrnych nitek na klacie Mr Hubby, dało mi do myślenia. Jesteśmy we dwoje i tak może pozostać. Póki co nic nie straciłam, jest opcja, że kiedyś zyskam(y). Ale jest jak jest, a w tym wydaniu… jest mi bardzo dobrze! I jeśli zostanie tak, jak w tej chwili, że nasza rodzina będzie liczyła dwie sztuki, to jest dobrze. Lubię ten stan i będę za niego wdzięczna. No chyba, że Mr Hubby znowu zostawi klapki na środku przedpokoju i kolejny raz przez nie przepadnę… 😉

 

Babie lato, to jeszcze nie okres końca lata. Babie lato będzie dla mnie w tym roku okresem zbierania plonów, z tego czym karmiłam się ostatnie miesiące, tygodnie oraz dni. Będzie również radością z ostatnich gorących i pełnych (Boże daj!) słońca dni. Przygotowaniem sezonu na pledziki, świeczki i aromatyczne herbaty. I urodziny bloga 🙂

 

PS. Wiem, że „babie lato” kojarzy się z „nitkami” latającymi po wiejskich kadrach, ale niestety nie mam takiego zdjęcia – korzystam z własnych zbiorów. Wybaczcie!