Hu, hu, ha… hu, hu, ha… nasza zima zła… my się zimy nie boimy… choć za nią nie przepadamy… A przynajmniej ja! Nie jest to moja ulubiona pora roku, ale jestem w stanie docenić jej urok i zalety… Co prawda najbardziej lubię te zalety oglądać przez okno, ale spacerem w słoneczny dzień, gdy biały śnieg skrzypi pod nogami, również nie pogardzę. Chciałam podzielić się z Tobą listą moich tegorocznych zimowych inspiracji, do przetrwania tego czasu oraz pokazać, że faktycznie nie taka zima zła. Można z niej wyciągnąć sporo dobrego. Po chwili zastanowienia okazało się, że mimo wszystko jest co nieco w zimie, co sobie cenię. Lubię ten okres za długie wieczory, które można dowolnie okraszać masą światełek i świec, siedzieć zagrzebaną pod kocami, pić gorące dobrocie, oglądać filmy lub rozmawiać z bliskimi. Lubię zimę za ciepłe swetry, które miękko okalają ciało. Za szaliki, chusty i grube szale. Za kozaki i ciepłe skarpety. Oraz wspaniałe uderzenie ciepła po powrocie do domu. A także za świeżość powietrza w wywietrzonym mieszkaniu. Za nadal sporą, po jesieni, ilość warzyw i jarzyn i rozgrzewające zupy z korzennymi przyprawami. Oraz za brak możliwości wywinięcia się Mr Hubby od tulenia, bo ja zawsze mam zimne nóżki i zimny nosek, a czego jak czego ale rodzinnego ciepła to my sobie nie odmawiamy. 

Jednymi z najbardziej nielubianych przeze mnie rzeczy jest poranne wstawanie oraz zimno. Dzięki temu, że mój mąż jest wrażliwy na mnie, na moje potrzeby i lubi sprawiać, by żyło mi się łatwiej i przyjemniej, ułatwia mi stawianie czoła wymienionym przeciwnościom. Bardzo mocno angażuje się w pomoc w ogarnianiu poranka. Na dodatek codziennie odśnieża i grzeje moje autko, zanim wyjdę z domu do pracy. Jest to komfort. Ogromny komfort i doceniam to jak mało co w naszym wspólnym życiu! Wyjście z ciepłego mieszkania, szybka przebieżka do auta i skrycie się w ciepłym wnętrzu to uczucie wspaniałe! Bardzo często czeka mnie ogarnięcie samochodu po wyjściu z pracy: odśnieżenie, skrobanie szyb i zagrzanie. Nie jest to już jednak tak dotkliwe, jak to poranne – po wybudzeniu się gdy jeszcze nie funkcjonuję na 100%.

 

Przez to, że nie do końca przepadam za zimą, a może właśnie dzięki temu, każdego roku gdy zima rozgości się za oknami Wiśniowej, szukam umilaczy, które pozwolą radośniej przez ten okres przebrnąć.

Moje tegoroczne zimowe umilacze:
*urodzinowy prezent dla samej siebie

Właściwie jest to mój zwyczaj, a nie żadna nowość. Rozpieszczanie samej siebie praktykuję już kilka dobrych lat. Pomysł wziął się z okresu, gdy czułam się bardzo samotna a urodziny tylko potęgowały to uczucie. Dodatkowo, były to urodziny okrągłe i jak każda kobieta, po przekroczeniu pewnej cyferki, nie czułam się komfortowo. Aby poprawić sobie humor kupiłam samej sobie prezent i od tamtego roku regularnie to praktykuję. Kieruję się przy tym jedną zasadą a mianowicie prezent nie może być niczym praktycznym a ma sprawiać mi radość. I tak przez kilka ostatnich lat były to bransoletka, buty, chusta. Czasem droższe, czasem tańsze ale zawsze piękne i mające mnie rozpieścić.

W tym roku podarowałam sobie wodę toaletową TEAOLOGY Black Rose Tea. Miałam ochotę na coś z kategorii zapachów. Tak właściwie to szłam do sklepu z zamiarem zakupu jednej z moich ulubionych pozycji ale opakowanie Teology zwróciło moją uwagę. Sklep nie posiadał testera i musiał mi wystarczyć opis zapachu znaleziony w internecie. Zaintrygował mnie na tyle, że postanowiłam zaryzykować i jestem z tego powodu bardzo zadowolona. Według producenta woda oparta jest na esencji czarnej herbaty różanej i to ta nuta właśnie dominuje. Poza tym można wyczuć mandarynkę, porzeczkę i drzewo sandałowe. Dodatkowo dzięki zawartości wody różanej oraz witaminy E ma właściwości pielęgnacyjne. Pasuje mi bardzo, bo zapach mimo iż kwiatowy, to nie jest ani zbyt słodki ani zbyt orzeźwiający. Wydaje mi się, że troszeczkę się kłóci z zimową aurą, w czasie której zawsze wolałam zapachy lekko orientalne, ale lubię też takie niuanse. Woda zostaje i zajmuje wysokie miejsce wśród moich zapachów.

 

Ale, żeby nie było, iż tylko ja dbam o siebie w urodziny… Mnogość wiadomości, telefonów i wizyt rozłożyła mnie na łopatki. I Mr Hubby też – dodatkowo i wyjątkowo.

*nowy, ciepły wełniany sweter

Miałam niedobór swetrów. W mojej szafie a raczej szufladzie komody, w której swetry zalegają królowały do tej pory lekkie wiosenno-jesienne sweterki, z przewagą takich rozpinanych. Gdy zrobiło się zimno zamarzyły mi się 2 sztuki: jeden obszerny i długi, niekoniecznie zapinany kardigan, który mogłabym nosić do spódnic i sukienek oraz poszarpanych spodni i topów oraz drugi – klasyczny nie obcisły i nie oversizowy sweter w klasycznym kolorze i z dobrym składem.

Na zakup swetrów poczekałam do styczniowych wyprzedaży, ponieważ zależało mi na czymś dobrej jakości. W związku z tym, że na przełomie roku trochę zaniemogłam i przeleżałam kilka dni, miałam świetną okazję by przekopać czeluści internetu i znaleźć coś odpowiedniego. Wybór padł na sprawdzony sklep h&m, który lubię szczególnie jeśli chodzi o odzież bazową. Wśród mnóstwa obejrzanych swetrów wybrałam grafitowy kardigan w większym rozmiarze niż zwykle noszę, by spotęgować efekt oversize oraz klasyczny beżowy sweter z wełny merino. Oba ładnie wykonane, ciepłe i dobrze się komponują praktycznie ze wszystkim.


*piękna bielizna

Ta pozycja jest trochę dla kontrastu powyższych swetrów. O ciepło dbać trzeba. Ja dbam szczególnie, bo jestem zmarzluch jakich mało. Otulając się swetrami, owijając szalami i zapinając najgrubsze i najcieplejsze kurtki, jakie udaje mi się znaleźć, mam równoczesną potrzebę zadbać o to co pod spodem, by nie zatracić poczucia kobiecości, delikatności i subtelności. Dlatego w ostatnim czasie pokusiłam się o trochę koronki i wzorzyste rajstopy. Pierwsza pozycja znalazła mnie niespodziewanie, bowiem pojawiła się w… Lidlu. Ładnie uszyte body, z dobrego materiału i w świetnej cenie. Mam w domu kilka ubrań z tego sklepu, ale są to raczej pozycje typowo sportowe. Na pozostałe ubrania jak dotąd nie zwracałam uwagi ale myślę, że teraz już będę. I z chęcią dokupię ich body w innym wzorze i kolorze.

Jeśli chodzi o rajstopy we wzory, to chodziły za mną już jakiś czas. Myślę, że od wiosny. Połączenie delikatnego, subtelnego wzoru i stonowanej, gładkiej sukienki bardzo mi się podoba. Miałam problem z podjęciem decyzji o kupnie takowych, bo tak najzwyczajniej bałam się, iż będę w nich źle wyglądać. Bardziej mi pasują do chudych, szczupłych, a nawet patykowatych nóg. W trakcie wizyty w galerii handlowej obejrzałam sporo wzorzystych rajstop i zaczęło mi świtać w głowie, że część z nich może dobrze wyglądać na „normalniejszej” nodze, a wręcz poprawić jej wygląd! Zdecydowałam się na bardzo delikatny wzór biegnący z góry w dół i efekt jest świetny! Aż nabrałam chęci na drugą parę.

 

*powrót zapomnianej a najlepszej waniliowej świeczki jaką znam

Są takie produkty, które mimo iż nie najdroższe, nie najpiękniejsze, są najlepsze i tęsknię za nimi, gdy znikną na dłuższy czas z mojego otoczenia. Dokładnie tak to wygląda z waniliowymi świeczkami IKEA. Opatrzyły mi się ich nie najładniejsze opakowania, chwilowo znudził zapach i chyba od zeszłej zimy nie paliłam ich. Przy okazji generalnych porządków w dużym pokoju i wyrzucania wszystkiego z szafek, przed odsunięciem mebli do przemalowania ściany, wpadły w moje ręce. Uśmiech był szeroki, bo sam ich widok przypomniał mi o ich słodkim, cudownym zapachu wanilii, który… uwielbiam. Zima sobie leci, za oknami biało a na Wiśniowej króluje słodki zapach lodów waniliowych. Bajka!


*herbata lawendowa z miodem

Jedna z moich ulubionych herbacianych kompozycji, na bazie lawendy i miodu. Suszoną lawendę zamawiam najczęściej przez internet. Mam sprawdzonego dostawę na Allegro, który ma świetny asortyment ziół i przypraw a wszystko dobrej jakości, pachnie i smakuje intensywnie. Przy zakupie lawendy należy sprawdzić, czy nadaje się ona do celów spożywczych, ponieważ bywają w sprzedaży aromatyzowane suszone kwiaty lawendy, które służą wyłącznie do celów dekoracyjnych.

Lawenda ma z jednej strony działanie relaksujące i uspokajające układ nerwowy, a z drugiej strony pobudzające układ pokarmowy i ułatwiające jego funkcjonowanie. Ponadto pijąc napar z lawendy można zaobserwować rozluźnienie mięśni, więc świetnie sprawdza się przy problemach z wzdęciami lub bólami menstruacyjnymi.

Po zaparzeniu suszu, gdy temperatura naparu zmniejszy się tak by nie zabić drogocennych właściwości miodu, dodaję go do smaku. Herbata lawendowa jest delikatna, na pewno nie pobudza, więc świetnie nadaje się jako napój w godzinach wieczornych.


*zdjęcia z zimowych spacerów

Co by o zimie nie powiedzieć, to potrafi być bajkowa i dosłownie przenieść w kadr, wprost z „Opowieści z Narnii”. Krajobraz mieni się odcieniami szarości, podkreślony czystą bielą. Do tego ciemna zieleń iglaków w czasie spacerów po lesie lub ciepłe światło latarni padające na zabytkowe kamienice w trakcie spacerów po starej części Bielska i Białej. Dwa rodzaje spacerów, całkiem w innym klimacie i chyba nie potrafię zdecydować, który lubię bardziej.



*kawa z kardamonem

Korzenne przyprawy, rozgrzewające i potrafiące totalnie zmienić smak potrawy lub napoju. Do tego większość z nich szczyci się dodatkowymi właściwościami prozdrowotnymi. Przykładowo kardamon świetnie sprawdza się przy problemach oskrzelowych, więc w okresie zimowym jak znalazł. Szczególnie pomocny jest, gdy męczy kaszel. Dodatkowo wspomaga pracę układu trawiennego i dobrze sprawdza się przy problemach z wrzodami, niszczy bakterie bakterie H. pylori lub gdy chcemy powalczyć z nadmiernymi kilogramami.

Lubię kardamon za smak i skojarzenia ze światem orientalnym, do którego jakiś czas temu miałam sporą miętę. Gdy widzę zdjęcia arabskich targowisk z przyprawami, to własnie kardamon jest jedną z pierwszych przypraw, które przychodzą mi wtedy na myśl. Podobnie przy daniach typu curry, bo bywa składnikiem mieszanki przypraw, wykorzystywanej do wyczarowania go a mało co rozgrzewa tak, jak dobrze zrobione curry.

Jeśli przekopiesz internet to myślę, że znajdzie się masa przepisów na wykonanie kawy z kardamonem. Mój jest banalny i w sumie aż głupio dzielić się nim. W związku z tym, że od jakiegoś czasu bazujemy z Mr Hubby na ekspresie przelewowym, to w momencie gdy mam chęć na kawę z kardamonem, dosypuję ją po prostu do nasypanej kawy w filtrze i zaparzam je razem. Podobnie można zrobić z każdą inną przyprawą, lub mieszankami przypraw dedykowanymi kawie. Inny szybki sposób jaki mi przychodzi do głowy, to podgrzanie mleka z przyprawą (zakładając, że pijesz białą kawę) i zalanie nim przygotowanej wcześniej kawy.

*zupa rybna i z czerwonej soczewicy

Zima i mróz to czas zup. Gęstych, pożywnych i starczających za całe danie. Nic tak nie potrafi rozgrzać, jak talerz pysznej i aromatycznej zupy. Smaki zupne miewam sezonowo. Gdy była faza pomidorowa, to molestowałam nią wszystkich dookoła przez dobre trzy miesiące. I ciągle było mi mało i ciągle nie było to „idealnie to” i coś dodawałam, odejmowałam, by znaleźć recepturę idealną. Była pomidorowa na bazie surowych pomidorów, tych z puszki, passaty pomidorowej oraz różne ich kombinacje. Czyste potasowe szaleństwo. Jednak pomidorowa to smak lata, więc teraz mnie nie męczy. Obecnie jest faza na dwie zupy, jedną na bazie filetów rybnych a drugą wegetariańską. Plusem ich obu jest szybkość wykonania, bo w pół godziny są gotowe a nie dodaję żadnych kostek rosołowych lub sztucznych polepszaczy. Warunek to posiadanie gotowego bulionu w lodówce w przypadku zupy z czerwonej soczewicy, choć w sytuacji gdy go nie ma, też można sobie poradzić.

Przepisy na obie zupy wrzucałam tutaj, więc nie dubluję a odsyłam do odpowiedniego wątku.

*kawiarnie Bielska-Białej

Ostatnie lata to okres rozwoju mojego miasta i totalny wysyp knajp, knajpek oraz różnorakich, klimatycznych kawiarni. Szczególnie lubię miejsca niewielkie i zaciszne, w których można swobodnie porozmawiać. Mam swoje ulubione i lubię do nich wracać, a od czasu do czasu poszukać i zakosztować czegoś nowego. Długie, zimne wieczory  nie zawsze ma się chęć spędzać w domu, więc jest to idealna okazja do wypadów w gronie przyjaciół. Lato ofiaruje ogródki na świeżym powietrzu, które są rewelacyjne, ale nie ma tam takiego klimatu jak we wnętrzach.



*celebracja czasu skupienia

Ostatnie tygodnie były intensywne i mam to niefajne poczucie nadmiaru konsumpcjonizmu. Mimo braku szaleństw: zakupowych, urodowych czy remontowych, uderzyło mnie to ostatnio, rozpanoszyło się i natchnęło do zmian. Jak do tego dołożyć długie wieczory, których sporą część spędza się w domu, to zaczęłam bardziej dbać o duchową stronę swojego życia. Celebrować te momenty. Nie mam na myśli tego, iż wcześniej to totalnie zaniedbałam, ale często czas z Bogiem był upychany pomiędzy innymi czynnościami. Zrobiło mi się z tego powodu źle, a w sercu smutno.

Obecnie robię sobie dzbanek dobrej herbaty, melinuję się pod kocem i zagłębiam w treść Biblii. Codziennie fragment po fragmencie. Bez pośpiechu i błądzenia myślami. To jest mój czas z Bogiem, do którego czasem wpuszczam Mr Hubby i spędzamy go we trójkę. Czas wyjątkowy, bo nastawiony na indywidualny odbiór, tego co w danym momencie Bóg chce przede mną odkryć.

Wszelkie Pismo od Boga natchnione [jest] i pożyteczne do nauczania, do przekonywania, do poprawiania, do kształcenia w sprawiedliwości – aby człowiek Boży był doskonały, przysposobiony do każdego dobrego czynu. (2 Tym3,16-17)