Jesień swoje prawa ma… No umówmy się… Przy ogólnie panującej szarudze, nieprzyjemnym chłodku na nadal jeszcze odsłonięte kostki nóg… gdy żółcie i pomarańcze szarzeją i brunatnieją… trzeba nam jesiennych umilaczy. Nie jedno, czy dwa, ale całą masę. Dobrych jesiennych umilaczy.

 

Od samego początku bloga piszę Wam, że dbać o siebie należy zawsze i wszędzie. Robić swoje polskie hygge, tworzyć wokół siebie atmosferę cosy i co tam jeszcze chcecie. Szczególnie, gdy aura nam nie sprzyja i tak zwyczajnie po ludzku nie chce się. Choć z drugiej strony fajnie by było nie uzależniać samopoczucia od tego, co za oknem jest. Mimo to, piszę tutaj totalnie za siebie, na mnie aura działa. Jestem z tych, co lubią klimat/klimacik wokół siebie mieć. Otaczać się przyjemnościami. Nie, żebym bez tego odnaleźć się nie umiała. Jednak z atmosferą, ukojeniem i zadbaniem o własne ja, własny komfort jest mi po drodze! Kto zadba o mnie lepiej? No kto?

Poniżej moja tegoroczna lista jesiennych umilaczy. Zachęcam do skorzystania, ale i dzielenia się tym, jak uprawiasz własne hygge – może i ja skorzystam 🙂

 

Zakwas z buraków.

Oczami wyobraźni widzę Twoje zdziwienie. Miało być o umilaczach, a yasminsmell wyjeżdża z zakwasem buraczanym… hihihihih. No, ale rzecz ma się tak, że ja z tym zakwasem bratam się od polowy czerwca. Odkąd wyszłam ze szpitala, po drugim pobycia, to wzmacniam się nim stale. Walka o odzyskanie odporności jest w moim przypadku długa i wyboista, jednak cisnę do przodu.

Zakwas buraczany mi w tym pomaga i… zakochałam się w tym smaku. Piję z przyjemnością. Początkowo dawkowała go sobie codziennie; teraz ograniczam się do jednej szklanki co drugi dzień.

Zakwas to świetny sposób na uzupełnienie flory bakteryjnej. Tej pożądanej. W naturalny sposób. Dla mnie same plusy. O smaku nie wspomnę – kwestia dyskusyjna. Ja lubię, a czy Ty lubisz to już musisz spróbować sama.

Mam to szczęście, że zakwasem z buraków jestem obdarowywana przez Teścia. Systematycznie dba o poratowanie mojej odporności i postawienie mnie na nogi. Jeśli Ty nie masz takiej możliwości,to odsyłam po genialny przepis. Sprawdzony i wychodzi równie pyszny. Przy okazji zachęcam do przejrzenia całego bloga Pana Tabletki, masa wiedzy – pożytecznej!

Woda z imbirem i miodem. Ciepła rzecz jasna.

Pomijając właściwości zdrowotne imbiru ja go uwielbiam za smak. Im więcej imbiru, tym lepiej. Napary imbirowe to totalnie moja bajka. Był czas, że serwowałam sobie syrop imbirowy, jednak ilość cukru jaki należało do niego użyć, totalnie mnie załamywał i musiałam znaleźć coś lepszego. Tutaj pojawił się pomysł naparu imbirowego i znalazłam genialny przepis. Dokładny opis – co, po co i dlaczego znajdziecie przy przepisie – odsyłam do źródła, bo ja tego lepiej w słowa nie ubiorę – klik.

 

Sypana szarlotka.

Zagorzałym fanem szarlotek nie jestem. Moje kubki smakowe ciągną bardziej w stronę serników, ewentualnie brownie. Lubią się z bezami, ale szarlotki jakoś tak… zawsze odstawały… wyjątkiem jest szarlotka sypana. Nie dość, że jej zrobienie jest mega łatwe, zajmuje kilka chwil (szczególnie, gdy Mr Hubby zetrze jabłka 🙂 ), a smak… no cóż… broni się sam. Przepis –> klik.

 

Dywanik kuchenny.

Już w zeszłym roku, mniej więcej od połowy listopada, marudziłam pod nosem, że w trakcie pichcenia marzną mi nóżki… No a wiadomo, gdy zimno w nóżki, to człowiek jakiś taki… niemrawy… Podłoga w pasie kuchnia, łazienka i przedpokój jest wyłożona drewnopodobnymi kaflami. Kafle są piękne, wyglądają bardzo naturalnie i już niejedna osoba myślała, że to jednak coś od drewna. No nie, to zwykłe płytki. I jak to płytki, nawet mimo wizualnego wrażenia, że dają masę ciepła, są chłodne.

Jeśli chodzi o kuchnię, która na dodatek została pozbawiona kaloryfera, to są takie momenty iż w stópki jest lekko chłodno. Bywa tak późną jesienią i wiosną, gdy wokoło nas nie grzeją jeszcze zbyt mocno i kafelki manifestują swoją kafelkowość… A w trakcie gotowania stoję w kuchni i często niewiele się ruszam. Zamarzył mi się dywanik, oj zamarzył. Oczywiście oczyma wyobraźni widziałam go z najdrobniejszymi szczegółami i… nigdzie nie mogłam takiego znaleźć. Dywaników w sprzedaży jest masa. Różnego kształtu, materiału, o wzorach nie wspominając. Do wyboru i koloru… jednak to nie było to… stópki marzły, aż nadeszła wiosna, za nią lato i doszłam do kolejnej jesieni. Jak to często w takich przypadkach bywa, dywanik znalazłam przypadkiem i od razu wiedziałam, że to jest to. Mimo iż delikatnie różny od tego wymarzonego, to jest blisko ideału. Co ważne, to można go prać – w końcu to dywanik kuchenny, a ja w garach spędzam sporo czasu!

 

Dodatki.

Kiedy kończy się sezon przesiadywania na balkonie, ławkach w parkach i długich spacerach, zaczyna mnie nęcić, by dodać coś do charakteru Wiśniowej. Chce mi się dodatków i ocieplaczy, jak choćby wspomniany wyżej dywanik kuchenny. Poza nim pojawił się u mnie wianek na drzwiach, płomienne dodatki przy lustrze, nad szafką z butami oraz (oczywiście) zapas nowych świec. Jesień to idealny moment, na tego typu drobiazgi, które niby niewiele wnoszą, a dają +100 do ocieplenia otoczenia.

 

Błyskotki.

Nie, żebym latem stroniła od błyskotek… mimo to większość lata spędziłam na Wiśniowej, wychodząc na balkon, lub ewentualnie na krótkie spacery po okolicy. Dlatego tych okazji do zakładania błyskotek było niewiele i czuję się nimi nienasycona. Z drugiej strony wszelkie błyskotki cudowne komponują się z grubszymi ubraniami i typowo jesiennymi dodatkami. Mimo iż długo byłam neutralna jeśli chodzi o biżuterię z pereł, to ostatnio nęcą mnie bardzo… bardzo mocno. Sięgam po nie chętnie.

Ciężki, a nie ciężki i obłędnie pachnący krem z ojelem arganowym.

Dostałam go do przetestowania. Znałam już balsam z tej serii, więc zapach nie był dla mnie jakimś wielkim zaskoczeniem. Zaskoczeniem natomiast była konsystencja kremu, która wchodzi wręcz w konsystencję masła. Krem jest ciężki, natomiast na skórze twarzy zachowuje się już totalnie odmiennie. Wchłania się bardzo szybko, przy niższych temperaturach świetnie nadaje się pod makijaż, nawet dla skóry takiej jak moja, czyli z tendencją do przetłuszczania w środkowej strefie. I zapach… ciężki, kojący… wręcz genialny.

Krem jest na bazie oleju arganowego i świetnie zatrzymuje wodę w naskórku, poza tym działa kojąco i przeciwstarzeniowo. Z tego co sprawdzałam, to kosztuje kilka złotych. Nie jest to krem z rewelacyjnym składem, za kilka złotych ciężko się tego spodziewać, jednak od czasu do czasu – dlaczego nie?

 

Most nad Sundem.

źródło_zdj1

Duńsko-szwecki serial kryminalny. Moje, a właściwie nasze z Mr Hubby, odkrycie tej jesieni. Jestem tym serialem zachwycona, podobał mi się bardzo. Wartka, pomysłowa fabuła. Wciągnęliśmy wszystkie sezony w kilka dni!

Piękne zdjęcia, każdy sezon ma lekko inną kolorystykę. Praca kamery to jakaś bajka. Robi wrażenie i pod kątem technicznym, i pod katem fabuły! Jeśli lubisz klimaty skandynawskich kryminałów, to warto obejrzeć. Jest to mieszanka policyjnej akcji w Danii i Szwecji, którą łączy tytułowy most. Główna bohaterka jest, powiedzmy… specyficzna, ale osobiście bardzo polubiłam jej tok myślenia.

 

Marcella.

źródło_zdj2

To również serial kryminalny, co ciekawe tego samego scenarzysty, co „Most nad Sundem”. Również piękne zdjęcia, jednak w totalnie innym klimacie. Tutaj akcja dzieje się w Londynie i również kręci wokół kobiety – policjantki. Całkiem inna bajka, całkiem inny charakter, ale również dobrze się go ogląda.