Nie mogłam sobie odmówić, no nie. Nie ma opcji! W lodówce zielone szparagi i truskawki, a za plecami głodny Mr Hubby. Nie dość, że głodny, to zapracowany, a z głowy mu paruje. Wiadomo, że facet głodny to facet zły. I po co mi to? Po co to komu? Pomijam już iż z najedzonym Mr Hubby można ‚konie kraść’, a głodny jest marudny i bez kija nie podchodź.

 

Przejrzałam zawartość lodówki jeszcze raz, bo przecież samymi szparagami i truskawkami spokoju w domu nie osiągnę… Sprawa była na tyle poważna, że obiad wegetariański w grę nie wchodził i musiało być coś z przytupem. Tłumacząc to na język mojego męża ma być treściwe, czytaj mięso. Jak na złość w lodówce nie uświadczyłam ani kawałka mięsa, ale znalazł się ser pleśniowy i cztery ziemniaki. Mimo iż Mr Hubby estetą jest miernym, to dobrze podanym jedzeniem nie gardzi, a wręcz lubi, gdy na talerzu jedzenie ‚wygląda’… zachęcająco rzecz jasna!

 

Z powyższych konieczności powstał obiad ekspres – gotowane szparagi (wskazówki dotyczące gotowania szparagów znajdziesz tutaj), sos truskawkowy (rozbijając na czynniki pierwsze mus truskawkowy + ocet balsamiczny + czarny pieprz), panierowany ser pleśniowy (jajko + otręby owsiane i do ozdoby dżem żurawinowy), ziemniaki z koperkiem (odrobina stopionego masła) a to wszystko podane na liściach świeżego szpinaku.

 

 

Matka potrzebą wynalazków i tak właściwie ze wszystkiego co mamy w lodówce można zrobić coś fajnego. Grunt to pomysł ale i odważne łączenie produktów. Osobiście uwielbiam nietypowe połączenia oraz wykorzystywanie produktów, które na pierwszy rzut oka do siebie nie pasują, jak szparagi i truskawki w jednym daniu. Coraz częściej wrzucam owoce do dań głównych. Do tego dania obiadowe w pół godziny – kasze z różnego typu dodatkami, zapiekanki, szybkie zupy – kremy oraz sałatki. Dania typu „ściepka” – z tego co w lodówce zalega często potrafią zaskoczyć walorami smakowymi.