Po zabieganym czasie, gdy wszystko musiało być na tip – top a „dedlajny” były wyśrubowane ponad stan. Mam dość. Gdy słońce jeszcze rozpieszczało, promienie grzały a temperatura zachęcała do życia w biegu, było ok. Z nastaniem szarugi, zimna i pierwszych płatków śniegu, moja mała wewnętrzna superwoman padła. Padła jak kawka. Przyjmowane aktualnie hormony, które robią swoistą sieczkę z mózgu, pilnują bym z podłogi się nie podniosła. No i tak leżę na tej podłodze, a one (w sensie te hormony) siedzą na plecach. I mam wrażenie, że całkiem nieźle się bawią. Dodanie 2 do 2 zajmuje mi dobrą godzinę. Zapominam co chciałam wpisać w wyszukiwarkę internetową a emocjonalność została całkiem puszczona ze smyczy i hula gdzieś pomiędzy euforią a łzami smutku. Lub żalu. Sama w sumie nie wiem.

 

Nie, nie jestem superwoman.

Stwierdziłam, że w tym roku zrobiłam aż nadto. Skończyłam studia i obroniłam się, odfajkowane. W pracy bycie przodownikiem i parcie do przodu przejadło mi się. Może nie tyle przejadło, co nie zostało docenione. Ganianie za relacjami z ludźmi, którzy mają mnie w poważaniu – również. Doprowadziłam organizm do skrajnego wycieńczenia i odchorowałam wszystko. Z resztą całkiem widowiskowo. Nawet tegoroczne wypady wakacyjne, mimo iż było ich sporo, były z doskoku. A raczej z wyskoku, pomiędzy codziennymi obowiązkami.

 

I tak oto, od dni kilku, żyję sobie „na pół gwizdka”. Przyczyniła się do tego migrena, potem jelitówka. To nie tak, że ja sama, tak z siebie, nagle zmieniłam zdanie i postanowiłam, że od teraz będę dla siebie dobra. Oj, nie… ale tak naprawdę pomogło to.

 

Spolszczone hygge, po mojemu… a w sumie to zwał, jak zwał

Okazuje się, że ja całkiem, całkiem lubię pobyć w domu. I to nie ślęcząc nad projektem a oglądając filmy, czytając książki czy spędzając czas na rozmowach z bliskimi. W towarzystwie świec, przytłumionego światła, aromatycznej herbaty i pysznego ciasta. I chcę te ciasta piec nie tylko od święta, ale wtedy gdy mam na nie ochotę. A herbata koniecznie musi być z pomarańczą i miodem. I goździkiem ale jednym na dzbanek.

 

You and I…

Do tego czas z Mr Hubby. Nasze cotygodniowe randki podupadły. A to źle. Nie chcę by nasze rozmowy toczyły się tylko wokół tego co zrobić na obiad lub czy w samochodach jest zimowy spryskiwacz do szyb. Potrzebuję naszych rozmów. Tych naszych. O sprawach ważnych i nieważnych. O marzeniach i troskach. Chcę usłyszeć co Go ostatnio rozśmieszyło a co sprawiło mu przykrość. Jak wyglądają Jego relacje z chłopakami z grupy, na cotygodniowych spotkaniach.
Chcę by te rozmowy były w miłym otoczeniu. W knajpce z dobrym jedzeniem, w kawiarni z aromatyczną kawą lub w parku na ławce. By zaczęły się luźno i wesoło, anegdotkami z mijającego tygodnia, przeszły przez sprawy dla nas istotne, a o których warto rozmawiać i zakończyły się przeczytaniem fragmentu z Biblii i wspólną modlitwą. To spora część naszego życia.

 

Materia też ma znaczenie… sedno tkwi w szczegółach

Mam potrzebę ciepłych, antypoślizgowych skarpet ale najlepiej w jakimś fajnym kształcie. Do rozpieszczania zimnych nóżek. Do dresu. Pasujących do kocyka, kubka z gorącą herbatą i nastrojowej muzyki. Estetycznych ale wygodnych, bez drapiących szwów w środku. Chyba czas wybrać się na zakupy :). Do tego koniecznie świeczka i zapas baterii do światełek, których w tym sezonie trochę u nas w domu zawiśnie.

 

Sumując 🙂

Plan na najbliższe dni, tygodnie to postawić siebie i własne potrzeby troszkę wyżej niż dotychczas. Nie poganiać się batem, nie robić wyśrubowanych terminów. Dopieścić dom ale w granicach rozsądku. Bez parcia po trupach – próba generalna tuż tuż. Plan na najbliższy czas to pogłębianie relacji z Bogiem, regularny czas skupienia, sen i odpoczynek. To czas z bliskimi mi ludźmi. To świece i światełka. Koce i poduszki. Muzyka, filmy i audiobooki. Talerzyki w kształcie gwiazdek. Esencja wanilii. I dobra atmosfera, by chciało się w tym domu ze mną być. Moje małe hygge.