Tik, tak, tik, tak… leci dzień za dniem a grudzień już w drugiej połowie. Zadomowił się całkiem, całkiem i przygotowuje nas do zbliżających się świąt. Rozbuchany, gwiazdkowy marketing przeżywa kumulację. Żniwa, żniwa dla marketów, sklepów i sklepików. Jak nie jestem entuzjastą tego dziwnego szału, który rozbuchany jest, jak tylko zgasną świeczki na grobach, tak sam klimat i atmosferę gwiazdkową uwielbiam… Ciemne popołudnia, długie wieczory sprzyjają tej całej otoczce z tysiącem światełek, pachnących świec, herbatom z miodem i cytryną i…

Mr Hubby and I

Pierwsze i najważniejsze. W związku z tym, że koniec roku to intensywny czas w mojej i Męża pracy, intensywny czas w życiu wspólnotowym a do tego świąteczne przygotowania, to poza tradycyjną kolacją wigilijną, lubimy święta spędzać sam na sam i najzwyczajniej odpoczywać. Dwa, niczym nie zakłócone dni całodziennego chodzenia w piżamach, przewracania się w łóżku z boku na bok, oglądania filmów i pysznego jedzonka, które wcześniej nam przygotuję. Odkąd jesteśmy razem to święta są bezdyskusyjnym czasem dla nas. Mamy siebie na wyłączność i raczej staramy się z nikim nie umawiać, nigdzie nie wychodzić. O ile jeszcze ja mam czasem pokusę, by gdzieś się ruszyć i spędzić godzinkę z przyjaciółmi, tak wiem iż dla Mr Hubby czas ten (spędzany razem a nie święta jako święta) jest ważny i to jego sposób na odpoczynek, doładowanie baterii ale również uniknięcie świątecznego zgiełku, który akurat jego domeną nie jest.

 

Dekoracje…

Czystą, naturalną miłością dziecka kocham świąteczne dekoracje. Lampki, tysiące lampek. Morze świec i świeczek. Pachnącą, żywą choinkę oraz wszędobylskie gwiazdy. Dekorowanie domu sprawia mi przyjemność i to chyba większą niż późniejsze przesiadywanie miedzy tymi wszystkimi cudami, choć i to rewelacją jest. Mieszkanie tętni ciepłem całkiem innym niż to w środku lata. I ja to ciepło sobie cenię, ono sprawia, że nie chce mi się z domu wyjść i pałętać po świecie. Sprawia, że samo wejście do domu jest przemiłe i okraszone pełnym zadowolenia uśmiechem i słowami: „tak, jestem w domku”.

 

Śnieg, śnieg… padający śnieg

Widziany zza okna rzecz jasna. Jestem rasowym zmarzluchem i nie cierpię zimna i zimy. Śnieg jest przeuroczy, gdy oglądam go przez szyby okien, ogrzewając się jednocześnie ciepłem kaloryfera. Zimowe spacery, iskrzący i skrzypiący śnieg pod nogami, nie sprawia mi przyjemności. Umiem docenić urok tej pory roku, bo zima sama w sobie jest piękna, ale to nie moja bajka. W moim wyidealizowanym świecie zima i śnieg miałyby rację bytu przez Boże Narodzenie i, ewentualnie, Nowy Rok. Starczy. Jednak żyjemy z Mr Hubby w Polsce i jaki klimat jest, wszyscy wiemy. Z drugiej strony płakać nad tym nie mam zamiaru. Raz to nic to nie zmieni a dwa to trzeba w tego wyciągnąć maksimum tego co dobre. Jako tło dekoracji i atmosfery może być. A potem już będę wyglądać w stronę wiosny.

 

Grzańce

Wszelkiej maści i rodzaju… Kawy smakowe, herbaty okraszone miodem i aromatycznymi przyprawami, gorąca czekolada, kakao, karob, grzańce winne z pomarańczami… tak to jest zdecydowanie ich czas. I mimo, że nie do końca dietetyczne, to zimowa aura powoduje, że chce się nam, oj chce. Kiedy, jeśli nie teraz? Szczególnie po mroźnych spacerach, bieganiu po sklepach czy tak o – po pracy, w trakcie ostatnich domowych porządków. Rozgrzewają i dają to cudowne uczucie ciepła w brzuszku.

 

Pakowanie prezentów

Sam proces przygotowywania tej radości jest szalenie miły. Wyszukanie, zapakowanie i ozdobienie prezentów sprawia mi więcej radości niż ich otrzymywanie, choć nie powiem iż dostawać ich nie lubię. Uwielbiam proces podchodów – niuchania kto ma jakie potrzeby i pragnienia, by później zobaczyć minę pełną zadowolenia z otrzymanego prezentu, bez względu czy jest to coś wielkiego, czy jakaś mała pierdołka. Przy okazji podrzucam wcześniejszy post z kilkoma inspiracjami prezentowymi.

 

Jedzenie

Nie byłoby świąt bez jedzenia, ale generalnie więcej radości sprawia mi przygotowywanie go, niż późniejsza konsumpcja. W czasach gdy wszystko jest na wyciągnięcie ręki, a o kubki smakowe dbam intensywnie na co dzień, wolę tym jedzeniem częstować niż sama wcinać. Nie mam potrzeby gotować na ilość, by zadowolić tradycjonalistów. Każdego roku wymyślamy sobie z Mr Hubby co za nami chodzi, na co mamy chęć i dokładnie to nam serwuję. Jedynie kolacja wigilijna jest w miarę tradycyjna, ze względu na potrzeby teściów i radość jaką im to sprawia. A jeśli poszukujesz jeszcze sprawdzonych przepisów na proste i szybkie słodkości, to zapraszam tutaj.

 

Wolne dni „pomiędzy”

To już tradycja w mojej pracy, że okres po świętach a przed sylwestrem to dni wolne od pracy. Jest to związane z tym, że to martwy czas w naszej branży – wszyscy mają przestój, mamy i my. Te kilka dni poświęcam na odpoczynek, przebywanie w domowych pieleszach a także na kawy z przyjaciółkami. To czas, gdy już bez pędu, bez pośpiechu a z nogi na nóżkę plątam się tam, gdzie serce mnie niesie i nadrabiam wszystko yo, co nadrobić przed końcem roku chcę.

 

Sylwestrowe wyjazdy z przyjaciółmi

To taka kropka nad „i” kończąca święta. Kończąca z przytupem. Wyjazd w zacnym gronie na 2, 3 dni i wspólne świętowanie końca roku, wspomnienia i rozmowy o marzeniach na przyszły rok… to niesamowity czas, bez względu na miejsce w jakim się znajdujemy. Cudowny, bo spędzany z tymi, z którymi potem spędzam kolejny rok… Chciałabym, żeby tak to już sobie trwało z roku na rok.