Przemyślenia

Grudniowe podsumowanie ostatnich miesięcy, właściwie to całego 2019 roku…

Rozleniwiłam się przez ostatnie dni i to tak mocno i totalnie, że ciężko mi pozbierać się do ładu… gdyby nie fakt, iż zostałam poinformowana, że pomiędzy świętami a sylwestrem mamy weekend, to pewnie nawet ten fakt bym przeoczyła… A co jak co, ale święta Bożego Narodzenia miałam w tym roku tak cudowne i genialne, że żal mentalnie pozbywać się tego stanu…

 

W nasz własny, domowy chill wpadłam już 23-ego grudnia i przepadłam aż do dzisiaj. Mimo iż planowałam wigilijny post z życzeniami, to totalnie nie było mi to w głowie i… myślę, że to dobrze! Nie wszystko musi iść dokładnie według planu, a życie w internecie (nawet blog) nie jest pierwszą sprawą o jaką chcę dbać. Myślę, że mnie zrozumiesz 🙂 .

Święta mieliśmy wręcz genialne, pełne miłości i czułości. Prócz kolacji wigilijnej, którą spędziliśmy z moim Tatą z telekonferencją z Kanadą oraz szybkim wypadem do Teściów, był to czas w 100% dla nas. Dla Mr Hubby i dla mnie. I wcale nie uważam, że wigilia była bee, bo było mega miło i przyjemnie zarówno z jednymi i drugimi. Uważam iż warto dbać o czas z naszą rodziną, a w związku z tym, że są to cudowni ludzie, to jest to prawdziwa przyjemność. Pozostałe, świąteczne dni był chill w czystej postaci. Było wylegiwanie się, tulenie, tony rozmów na tematy poważne i błahe, a do tego oglądanie filmów oraz gry w planszówki. Naszym mottem przewodnim było: nic nie muszę! Genialne!

 

Trudno teraz wyjść z tego stanu, nie chce się mimo, iż zaraz po świętach zaczęliśmy z Mr Hubby działać. Przede wszystkim zmotywował mnie, by wziąć wygląd swojego bloga w swoje ręce i wreszcie coś z tym zrobić. Pewne aspekty poprzedniego wyglądu zaczęły mnie drażnić i tak przez ostatnie tygodnie drażniły. Bałam się, czy zmiany zostaną przyjęte pozytywnie, jednak z tego co do tej pory usłyszałam, to podoba się Wam! Kamień z serca :).

Zmiany wizualne na blogu spowodowały, że zaczęłam rozmyślać o tym co ten rok przyniósł, co udało się zrealizować, a co okazało się totalną klapą… Z jednej strony rok 2019 był dla mnie rokiem trudnym, jednak to nic w porównaniu z przełomami jakie dokonały się i wyszły mi na dobre… Jesteś ciekawa? Zapraszam na podsumowanie.

 

Rok 2019 i yasminsmellowe podsumowanie:
STYCZEŃ

W rok 2019 weszłam pełna bólu i rozgoryczenia. Zbliżał się termin operacji, a ja byłam przerażona i rozżalona, że to wszystko mnie spotyka. Bałam się przeraźliwie i czułam się w tym samotnie. Mało kto rozumiał mój irracjonalny strach przed wszystkim co wiąże się z ingerencją w moje ciało. Styczeń leciał w odliczaniu do dnia „0”. Nawet urodziny początkiem miesiąca i fakt, że przeważnie bardzo lubię je świętować, nie pomagały, a jedynie uświadamiały iż czas leci, za chwilkę mnie pokroją, a moje marzenia by zostać mamą oddalają się znacznie. Samotność w takich doświadczeniach jest druzgocąca, bo nawet mąż, który jest towarzyszem tej drogi, nie w każdym momencie jest w stanie zrozumieć. Wtedy po raz pierwszy zaświtało mi w głowie, by kiedyś pomagać osobom z problemami z niepłodnością. Na własnej skórze doświadczyłam, że tylko ktoś, kto sam tego doświadczył był w stanie wejść w moje buty.

Operacja nie odbyła się, musiała zostać przełożona z powodów medycznych. Spędziłam w szpitalu 24 godziny i przeszłam pełne przygotowanie do operacji. Stres przeokropny. Bardzo mocno przeżyłam, a z drugiej strony nie rozumiałam dlaczego będę musiała przechodzić przez to ponownie. I dlaczego wszystko odwleka się w czasie.

Podsumowując – styczeń pokazał mi, że człowiek jest w stanie wiele przetrwać i wyjść z tego silniejszym.

 

LUTY

Luty zbiegł się z powrotem do pracy po szpitalnym pobycie oraz późniejszej grypie. Mimo, iż zapowiadało się zimno i śnieżnie, to ja chodziłam z uśmiechem na ustach i nadzieją w sercu. Po styczniowych szpitalnych doświadczeniach miałam power w sercu. Power, aby działać. Myślami już szłam w kierunku wiosny, mimo iż kalendarzowo było do niej nadal całkiem daleko. Sporo czasu poświeciłam na opracowanie tematu OCM, czyli mycia twarzy olejami. Najpierw teoria, a potem praktyka. Przepadłam w olejach i jak dotąd to jeden z lepiej dopracowanych przeze mnie postów. Samą metodę stosuję nadal i mega wszystkim polecam.

Podsumowując – przypomniało mi się, że kosmetyka, szczególnie ta naturalna, zajmuje wyjątkowe miejsce w moim sercu.

 

MARZEC

W marcu zachciało mi się zmian. Planowałam niewielką rewolucję na Wiśniowej i odświeżenie dużego pokoju. Głównym marzeniem była wymiana kanapy na narożnik, którego… nie ma do tej pory. Poza tym chciałam pozmieniać drobiazgi. Zniknęła fioletowa ściana, pojawiły się jasne zasłony i zrobiło się wiele bardziej przytulnie i przede wszystkim przestronniej. Przybyło również trochę roślin i pokój zaczął wyglądać super.

Podsumowując – nie wszystko musi iść według planu, a ja nie muszę z tego powodu robić tragedii.

 

KWIECIEŃ

Tegoroczny kwiecień zleciał nad pod jednym hasłem – Hiszpania. Wybraliśmy się na kilkudniową wycieczkę w miejsca, które poznałam kilka lat wcześniej, a które bardzo chciałam pokazać Mr Hubby. Obojgu bardzo nam się podobało i długo-długo później wspominaliśmy nasze Alicante. Hiszpania to zdecydowanie jedno z miejsc na świecie, w których mogłabym zapuścić korzenie na dłużej. Mój mąż najczęściej wspomina pomarańcze rosnące na dzikich drzewach przy uliczkach starego miasta. A przypominam, że mówimy o kwietniu! Piękne wspomnienia i totalne oderwanie od rzeczywistości. Taki też był cel tego wyjazdu – miał być remedium na moje przeżycia z początku roku. I taki był. Oderwaliśmy się, dobrze bawiliśmy i poznawaliśmy inny świat. Bardzo chciałabym, byśmy kiedyś tam wrócili.

Podsumowując – marzenia są ważne, ale jeszcze ważniejsze jest ich spełnianie.

 

MAJ

Początek maja poświęciłam na pozimowe odgruzowanie balkonu i zorganizowanie tej przestrzeni na sezon 2019. Mimo iż niewielki, to każdego lata przynosi mi wiele radości. W tym roku dopieściłam go mocno, co później mega zaowocowało, bo większość lata spędziłam właśnie na tej niewielkiej przestrzeni. Balkon był moim oknem na świat, miejscem regeneracji i powolnego powrotu do formy.

A skoro o formie mówimy, to końcówka maja była związana z powrotem do szpitala. Szpitalem oraz z operacją. To było już całkiem inne doświadczenia, w porównaniu do tego styczniowego. Wiedziałam co mnie czeka, jak będzie wyglądało przygotowanie do operacji. Znałam oddział i część personelu. Dodatkowo, co nie mniej ważne, miałam pokój w sercu. Oddałam operację i całą siebie Bogu. Poszłam z uśmiechem na ustach i to doświadczenie było zupełnie inne, niż to styczniowe. Zaufałam, że to co mnie spotyka ma swój cel i w finalnym rozrachunku wyjdzie mi na dobre. Operacja się udała, mimo iż trwała prawie 3 godziny zamiast 1. Końcem miesiąca byłam już w domu. Słaba, ale szczęśliwa, że mam to za sobą…

Podsumowując – po miesiącach skupiania się na własnym nieszczęściu oraz bólu i ludzkich rozczarowaniach, to był początek mojego powrotu do Boga i postawienia go na samej górze, a nie tam gdzie mi pasowało. 

 

CZERWIEC

Miesiąc zaczął się z hukiem i dość wybuchowo. Już na samym początku, w dzień dziecka,wylądowałam z powrotem w szpitalu. Okazało się, że w mojej ranie, pod skórą gromadziła się ropa. Tego felernego dnia szew pęknął a ropa siknęła z mojego brzucha. Wrażenie okropne. Powrót do szpitala, badania, czyszczenie rany i masa antybiotyków. To były trudne dni, o wiele trudniejsze niż te w czasie i po operacji. Czułam się znacznie gorzej, a mój nastrój spadł do przysłowiowego zera.

Nie rozumiałam dlaczego muszę przechodzić jeszcze to. Na dodatek dwie osoby z mojego bliskiego otoczenia oczekiwały na swoje pierwsze dzieciątka. Nie umiałam się z nimi cieszyć tak jakbym chciała. Tamten okres był wyjątkowo samotnym okresem w moim życiu. Z drugiej strony to był moment, gdy zaczęłam się odbijać od tego wszystkiego. Był to zaledwie początek procesu, który trwa do dzisiaj. Zaczęłam otwierać się na indywidualny czas z Bogiem. Sięgałam po Biblię w całkiem innym wymiarze niż do tej pory. Wcześniej czytałam nieregularnie, wtedy zanurzyłam się w to wiele głębiej. Czerwiec był mocno refleksyjnym miesiącem.

Podsumowując – zawsze może być gorzej, niż Ci się wydaje i nawet nie spodziewasz się „gdzie leży Twoje dno”.

 

LIPIEC

Z lipcem zaczęły wracać mi siły, wrócił uśmiech oraz chęć do życia. W lipcu zachciało mi się dopieszczania Wiśniowej. W związku z tym, że nie miałam zbyt wiele sił, to było to raczej delikatne dopieszczanie: zmieniane dodatków, przestawianie, niż wielkie i spektakularne zmiany. Przebywałam w domu całymi dniami, więc fajnie było zadbać o otoczenie, w którym spędzałam całe dnie.

Wszystko toczyło się z nóżki na nóżkę. Sporo czasu spędzałam na balkonie, rozkoszując się dopołudniowym słońcem oraz coraz głębszym wchodzeniem w poznanie Słowa Bożego.

Podsumowując – jak już odbijesz się od dna, to zaczynasz doceniać najbledsze odcienie kolorów życia.

 

SIERPIEŃ

Drugi miesiąc tegorocznego lata okazał się dla mnie miesiącem sprzątania, porządkowania oraz układania. Począwszy od generalnych porządków w szafie, przez naukę planowania i zarządzania własnym czasem, na roszadach we własnej głowie kończąc.

Lipcowe dopieszczanie otoczenia zaowocowało potrzebą zrobienia porządków w szafie, wyrzucenia wszystkiego co leży „na zaś” i przemyśleniem tego co tak naprawdę chcę mieć we własnej szafie. Efektem dodatkowym tych działań był post o harmonii w szafie, który cieszył się mega powodzeniem i był przez Was chętnie czytany. Po ogarnięciu garderoby wzięłam się za ogarnianie swojego rytmu życia, dnia, tygodnia i przepadłam w blogu oraz podcastach Pani Swojego Czasu. Masa wiedzy do przyswojenia, masa wiedzy do przesłuchania oraz przeczytania. Bardzo polubiłam Olę Budzyńską i sporo z jej rad wzięłam sobie do serca. Od tego momentu zaglądam na jej bloga regularnie, a co poniedziałkowa Kawa z Budzyńską to mój must have tygodnia!

Sierpień to miesiąc, w którym zaczęłam doceniać ludzi, którzy byli przy mnie w najgorszych momentach, a którym do tej pory nie poświęcałam zbyt wiele czasu. Ludzie, którzy niewiele mówili o naszej relacji, ale wiele zrobili w tym kierunku. Moment uświadomienia sobie tego był dość bolesny, bo okazało się iż straszna menda ze mnie. Oceniam łatwo, zbyt pochopnie, a co gorsza to krzywdząco. Zbyt łatwo oceniam, zamiast spojrzeć na sytuację z drugiej strony – zamiast tego powinnam odwrócić przysłowiowy medal na drugą stronę i zajrzeć co tam jest.

Podsumowując – szarość ma wiele odcieni i wiele z nich jest pięknymi odcieniami.

 

WRZESIEŃ

Wrzesień od kilku lat jest dla mnie miesiącem świętowania rocznicy ślubu z Mr Hubby. W tym roku sporo czasu spędziłam wśród zdjęć z tego okresu, wśród wspomnień i wyłapywania wdzięczności za wszystko co dostałam w ciągu czterech lat małżeństwa. Było sporo trudnych momentów, ale tez sporo dobrych i to one są tym czego w dniu codziennym się łapię. Powstał sentymentalny post w tym temacie – klik.

We wrześniu rozpoczęłam również pracę nad moim kosmetycznym ebookiem, którego wypuszczenie wymarzyło mi się na pierwsze urodziny bloga. To moment, w którym zaczęłam uczyć się także wtyczek do mailingu i nie powiem, by nie szło mi to jak po grudzie… trudne to było dla mnie i tyle. Taka prawda.

Podsumowując – to zaskakujące, ale dobrze jest wrócić do ciężkiej pracy.

 

PAŹDZIERNIK

Październik był miesiącem, w którym mieliśmy sporo pracy z Mr Hubby. Pomagałam mu w sporym zleceniu, a poza tym jesień na blogu weszła z przytupem i pojawiło się kilka mocnych postów. Wróciłam również do pracy zawodowej, więc nagle, po kilku miesiącach choroby, miałam sporo rzeczy na głowie. Z jednej strony byłam tym zawalona a fizycznie nadal nie funkcjonowałam na 100%, a z drugiej czułam iż wracam do formy. Nadal mega mi się chciało, miałam głowę pełną pomysłów, planów i rzeczy, które wreszcie chciałam wcielić w rzeczywistość. Tegoroczny październik to zdecydowanie miesiąc pracy. Dobrej pracy.

Podsumowując – powrót do formy to jest to.

 

LISTOPAD

Przedostatni miesiąc roku przywitał mnie ekscytacją, radością oraz mega stresem. Przyszły pierwsze urodziny bloga, wprowadziłam newsletter oraz bezpłatny kosmetyczny ebook do pobrania. Nie obyło się bez napięć, wpadek, ale też i bezinteresownej pomocy! Finalnie wyszło bardzo dobrze i dzień ten skończył się na mega plusie. Mimo to byłam wykończona, bo była to pierwsza moja akcja tego typu. Był to krok milowy yasminsmellowego bloga, po którym wiele rzeczy zaczęło się dziać, zmieniać i nabierać bardziej sprecyzowanego kształtu.

Druga ważna odsłona tego miesiąca jest mocno osobista. Dotyczy strefy duchowej i głębszego wejścia w relację z Bogiem. Po wielu rozważaniach, rozmyślaniach i modlitwach zaczęłam głośno do Niego wołać. Wszystko to o czym do tej pory wiedziałam na poziomie intelektualnym, o czym czytałam i o czym słuchałam stało się moją częścią. Jest to niesamowicie ważna część mojego życia, w której zaczęłam się pławić i nurzać, którą uwielbiam całą sobą. Gdy przyjdzie odpowiedni moment, to myślę iż pojawi się więcej szczegółów tutaj na blogu.

Podsumowując – jeśli zadbasz o Królestwo Boże, to On zadba o królestwo twoje.

 

GRUDZIEŃ

Jak dotąd to najlepszy miesiąc tego roku. Weszłam w niego z pełną radością, z pełnym uśmiechem. Weszłam w niego z pełną głową pomysłów, potrzeby by moja kreatywność mogła wreszcie się zamanifestować, a przede wszystkim z niesamowitym poczuciem wolności. Jest mi lekko, jest mi pogodnie, jest mi dobrze. Obiecałam sobie (i Mr Hubby), że cały ten miesiąc będzie dokładnie taki. Mimo iż chciałam by sporo postów związanych z nadchodzącym Bożym Narodzeniem pojawiło się na blogu, to nie było szału odpału, nie było ciśnienia. Mimo iż początkiem miesiąca miałam w pełni rozplanowany miesiąc na blogu, to nie udało mi się go w 100% zrealizować. I nic się w związku z tym nie stało – nie jestem zła, nie jestem rozżalona, nie wyrzucam sobie. Dałam swoje 100%.

Dodatkowo, całkiem spontanicznie, zmieniłam wygląd bloga, o którym myślałam już długo. To był strzał w 10! Stres w związku z nowym motywem wizualnym spory, jednak było warto. Jestem bardzo zadowolona z efektu, a jeszcze bardziej z faktu, że się na to zdecydowałam. Nie wszystko musi iść ściśle według planu!

Grudzień minął mi w rytmie slow, w rytmie hygge, pod królującym hasłem cosy. Grudzień minął mi szybko, sporo się w ciągu tego miesiąca działo. Sporo cudownych spotkań się odbyło, masę ludzi na mojej drodze stanęło, za co jestem niesamowicie wdzięczna! Praca paliła mi się w rękach. Wszystko szło gładko i mimo, że nie tak jak sama to sobie wymyśliłam, to idealnie! I z tym nastawieniem w kolejny rok wejść zamierzam 🙂 .

Podsumowując – „a ostatni będą pierwszymi”.

 

 

Kończąc moje własne podsumowanie zachęcam Cię do zrobienia swojego własnego. Do wyciągnięcia wniosków z mijającego roku. Nawet jeśli miałyby być nie do końca takie jakie chcesz. Nawet jeśli miałyby być negatywne. Porażką można nazwać fakt, gdy coś się podzieje w naszym życiu, a my zostawiamy to tak jak jest – przy następnej okazji powtórzymy. Wartością jest wyciągnąć wnioski. Błędy jakie popełniamy również czemuś służą. Uczą nas.

Dodatkowo zachęcam Cię do podziękowania ludziom, którzy są przy Tobie na co dzień. Tym, którzy są – po prostu są. Tym, którzy może nawet niewiele mówią, ale są.

 

Dziękuję Ci za rok 2019. Za każdą chwilę poświęconą na przeczytanie moich postów, każdy komentarz, każdą wiadomość. To wszystko wiele dla mnie znaczy! Obiecuję, że w roku 2020 dam z siebie równie wiele zaangażowania, pracy i miłości w tworzeniu postów. A jeśli Bóg da, to wiele, wiele więcej! <3 

 

 

 

 

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *