Od maleńkości bombardowani jesteśmy oczekiwaniami społeczeństwa, tak tak – ludzkie oczekiwania wobec naszego własnego ja. Dziewczynka powinna być miła, grzeczna, potakiwać i wzorowo umieć haftować. I niech nawet nie myśli, by wyrazić swoje zdanie, wyjść na drzewo, lub zagwizdać bawiąc się na podwórku. Chłopiec z kolei to ten, który powinien być hardy, odważny, a na dodatek nad wyraz poważny i odpowiedzialny. Łzy imać się go nie powinny, o empatii nie wspominając. Im dalej w las, im więcej lat nam przybywa to tych łat i łatek również. Szczególnie nas, kobiety, świat w tym temacie sobie ulubił i puścić tego nie zamierza. I na nas kobietach (przepraszam panowie, bo Was tutaj jest mniejszość) się skupię…

 

No bo jak to tak… Skoro dorosła, to studia skończyła. Inaczej żyć się nie da! Studia to mus i to najlepiej takie prestiżowe. Medycyna lub prawo, inne się nie liczą. No może tak ciut się liczą, ale to już nie to samo… Przy okazji ma kilka lat doświadczenia. Nie byle jakiego rzecz jasna! Staże w małym palcu. Zarabia już też – to w końcu oczywiste.

Przy okazji się nie garbi, prosto siedzi i pięknie zakłada nogę na nogę. Rzecz jasna pod odpowiednim kątem! Łopatki nosi ściągnięte, brzuch wciągnięty i idzie z lekko uniesioną brodą. Z lekko uniesionym nosem już nie, bo to oznaka wyniosłości. A to się przecież nie godzi!

 

Wejdźmy w temat głębiej…

Mając lat –dzieścia ma już własne mieszkanie, w kredycie rzecz jasna, na spółkę z panem mężem. Jest stateczną matką i to dwójki co najmniej. Zostaje z dziećmi w domu, to oczywiste, bo dzieciom matka niezbędna. Przy okazji robi karierę i rozwija swoje pasje, zainteresowania. W końcu nudna kobieta jest passe i przynajmniej jedno porządne hobby winno być uprawiane na poziomie master.

Do tego wszystkiego gotuje niczym Magda Gessler, a sprząta tak, że na niezapowiedzianą wizytę z białą rękawiczką mogłaby wpaść Perfekcyjna Pani Domu! Rozporządza domowym sprzętem niczym Pani Gadżet, uruchamiając wszystko jednym guzikiem na czarodziejskim pilocie. W międzyczasie robi trening z Ewą Chodakowską i maluje paznokcie u stóp. Lakierem hybrydowym, bo ten zwykły również jest passe.

W trakcie dnia wychodzi z dziećmi na przynajmniej trzy spacery i to trzy godzinne. Zabiera je na najnowocześniejsze place zabaw, a po powrocie do domu raczy przekąskami bio i świeżo wyciskanymi sokami. Organizuje masę zajęć organoleptycznych, no bo kto inny o rozwój maluch zadba… Mimo tego planuje najlepsze szkoły i akademie, bo o przyszłość – poza domem – bąbelków należy zadbać tu i teraz. Nikt inny za nią tego nie zrobi.

Dzień kończy pielęgnacją koreańską składającą się z kilkunastu etapów, potem wyleguje się w wannie z kieliszkiem wina. Szampana ewentualnie. I książką w dłoni! Tak, książka musi być, o intelekt dbać należy stale!

Mogłabym tak długo… i wcale nie twierdzę, że większość z tego co napisałam jest zła. Mimo to każda z nas jest inna i inną drogę życiową ma. Inne potrzeby oraz priorytety. A nawet inne predyspozycje. Nie dajmy się wcisnąć w ten szablon, w jakim ludzie dookoła chcieliby nas zobaczyć. To nasze życie i tylko my jesteśmy za nie odpowiedzialne. Za to jak nim pokierujemy, co postawimy na szczycie hierarchii i czemu poświęcimy serce, czas i zaangażowanie. Nie twierdzę również, że nie jest warto mieć wokół siebie ludzi, którzy nami trochę pokierują, jednak warto by kierowali mądrze, nie na zasadzie musu a zachęty i wskazania kierunku, który możesz wybrać. Możesz, a nie musisz, bo to ma być tylko drogowskaz. Decyzję podejmujesz TY.

 

A jak było/jest ze mną? W końcu to na przykładzie można najlepiej problem zrozumieć i odnieść do siebie…
*

Od maleńkości słyszałam, że nie wolno mi się w towarzystwie wypowiadać i nikogo nie interesuje co mam do powiedzenia. Efekt tego jest taki, że mam problem z wyrażaniem własnych uczuć, ba nawet z opowiedzeniem tego jak minął mi dzień! Mimo, iż w głowie kotłuje się wiele, to ciężko przenieść to na język. Wyjątkiem są osoby, przy których czuję się bezpiecznie i wiem, że mnie wysłuchają i faktycznie jest dla nich ważne to, co powiem.

Z drugiej strony patrząc – nie cierpię osób, które zadają pytanie (z grzeczności lub innych powodów), a nie słuchają odpowiedzi, przerywają w trakcie i patrzą na drugą osobę z góry. Dla takich osób szkoda mi czasu, by dzielić się cząstką siebie i takim osobom z premedytacją nie opowiadam o sobie.

Wniosek z powyższego jest taki, że umiem się przełamać. Najlepiej wychodzi mi to w dobrym towarzystwie i umiem ocenić, czy warto to robić będąc z drugą osobą. Dlatego tak ważne jest jakimi osobami się otaczamy i z kim spędzamy czas. Powiedzenie „z kim przestajesz, takim się stajesz” pasuje tutaj idealnie!

*

Moja mama miała marzenie bym skończyła medycynę lub prawo. Żaden inny kierunek studiów nie wchodził jej zdaniem w rachubę. Totalnie nie interesowało jej jakie są moje mocne strony, co lubię i co sprawia mi przyjemność. Ważne było jej przekonanie i gotowa była zrobić wszystko, by mnie do tego zmusić. Tak, dokładnie – zmusić, czego nawet nie ukrywała. Życie potoczyło się tak, że moja mama nie dożyła czasu wyboru mojej pomaturalnej drogi edukacji. Nawet gdybym miała jakiekolwiek ciągoty w jednym z wymarzonych przez moją mamę kierunków, to obrzydzenie jakie miałam przez próbę bezdyskusyjnego narzucenia mi drogi zawodowej, nie pozwoliłoby mi studiować na żadnym z tych kierunków.

Myślę, że idealnie byłoby, by któreś z rodziców zainteresowało się tym, co faktycznie lubiłam jako dziecko, a później nastolatka, i na kanwie tego próbowało mi podsunąć (!) pomysł dalszej drogi edukacji. Wiem, że każdy rodzic chce dla swojego dziecka jak najlepiej, ale nie możemy pozwolić by rodzice żyli naszym życiem. Zachęta i wskazywanie możliwości jak najbardziej, ale z poszanowaniem osobistych preferencji młodego człowieka.

*

Uwielbiam gotować i spełniam się w roli kcuharki. Kocham rozpieszczać kulinarnie męża oraz przyjaciół wpadających na Wiśniową. Droga do tego nie była kolorowa, bo byłam samoukiem, ale w miarę upływu czasu gotowanie zaczęło sprawiać mi mega radość. Lubuję się zarówno w wymagających daniach, na które muszę poświęcić sporo czasu, jak i w tych, których zrobienie zajmuje pół godziny.

Równocześnie mam świadomość, że nie każda z nas tak ma i tymi najlepszymi, najprostszymi przepisami dzielę się z Tobą na blogu. Jako podpowiedź, zachęta. Sporadycznie wrzucam przepisy na dania, które zajmują sporo czasu, wychodząc z założenia, że w bieganinie dnia codziennego, gdy zerkniesz na mojego bloga, to takie szybkie i proste dania, zachęcą Cię najszybciej.

A może się mylę i te bardziej pracochłonne, skomplikowane podawać na blogu powinnam również?

*

Z domowych obowiązków najbardziej nie lubię mycia naczyń oraz okien. Nie jestem w stanie przekonać samej siebie do regularnego wykonywania tych czynności. Pierwsze jest w znacznej mierze ułatwione dzięki zmywarce oraz moim konsekwentnym kupowaniu naczyń, które mogę myć w zmywarce. Już wiele pięknych kubków, fliliżanek lub talerzyków odpuściłam sobie, bo wiedziałam, że będą stać nieużywane, jako iż nie można ich myć w zmywarce. Uwielbiam rzeczy piękne i estetyczne, jednak tutaj rządzi pragmatyzm!

Co do czystych okien, to przyznaję się bez bicia iż często jest mi po prostu wstyd, za obsmarowane i brudne okna, jednak póki nikt nas nie odwiedza, to udaję, że tego nie widzę, a jak już ktoś jest to wstydzę się okrutnie. Proces mycia okien jest poprzedzony co najmniej dwudniowym zrzędzeniem, marudzeniem i jęczeniem samej siebie. Myję je przy dźwiękach muzyki, by jakoś – jakkolwiek umilić sobie ten przykry czas i pucuję tak, by na jak najdłużej starczyło. Rzecz jasna, że zawsze, ale to zawsze na drugi dzień po umyciu przeze mnie okien pada deszcz i 3/4 mojej pracy psuje… Trudno, żyć z tym będę a Ci co mnie kochają jakoś to akceptują i póki co brudnych okien nie wytykają.

*

Podobnie rzecz ma się z prasowaniem, aczkolwiek tutaj jest łatwiej jesienią i zimą. Dzięki temu, że potworny ze mnie zmarzluch a mam cudowną,regulowaną deskę do prasowania, to w momencie gdy faktycznie nie mam już w czym chodzić, a sterta ubrań do prasowania wychodzi z sypialni, to zabieram się do dzieła. Deskę ustawiam naprzeciwko telewizora, z wysokością idealną by rozsiąść się na kanapie, odpalam jakiś dobry program i biorę się za grzanie ciałka, jak i ubrań. Prasuję, prasuję i przeważnie końca nie widać. Gdy już nadejdzie to czuję się niemal jak bohater we własnym domu i gotowa jestem śpiewać na własną cześć hymny pochwalne.

Nie mam zamiaru czuć się przez powyższe rzeczy gorsza, niewystarczająco dobra, czy coś tam innego. Nie we wszystkim muszę być idealna, choć zrozumienie tego troszkę mi zajęło, to dzięki temu jestem szczęśliwsza!

*

Większość osób patrząc na nasze małżeństwo z Mr Hubby zastanawia się dlaczego nadal jestesmy we dwójkę. W tym wieku powinniśmy mieć już co najmniej dorastającą parkę. Jeśli czytasz mojego bloga regularnie to bardzo dobrze wiesz dlaczego tak jest. Jeśli czytasz go pierwszy raz, to już wyjaśniam. Od ponad czterech lat nie dane jest nam mieć dziecko, mimo iż bardzo byśmy tego chcieli i sporo naszego wspólnego życia na to poświęciliśmy – czasu, pieniędzy a także zdrowia i nerwów. To nie nasz wybór, nie nasza decyzja.

Mając świadomość, że takich par wokół nas jest coraz więcej. Bardzo Cię proszę, zanim zadasz pytanie: „a wy dlaczego jeszcze nie?” lub pomyślisz, że wybraliśmy wygodę i lenistwo, pomyśl i ugryź się w język. Różnie ludziom te sprawy się układają, a możesz trafić na gorszy okres i to z pozoru banalne pytanie ugodzie w sam środek serca.

 

 

Czy jestem idealna według kanonów dzisiejszego świata? Nie.
Czy jest mi z tym źle? Nie.
Czy czuję się przez to gorsza? Zdecydowanie nie.
Czy chciałabym się wpasować w idealny kanon? Już nie. Dzięki Bogu!

Tego sobie na dalszą drogę, jak i Tobie – z głębi serca – życzę!