Miałam tyle planów na dzisiejszy dzień. Tyleeeeee. Kwiaty chciałam ogarnąć. Te balkonowe domagają się oczyszczenia z uschniętych pąków. Domowe z kolei czekają na przesadzenia. Od wiosny, upssss. Nie wspomnę, że marzy mi się wymiana kilku doniczek, ale roślinki nóżek i rączek nie mają, i niestety same do tego się nie zabiorą. Chciałam szafki w kuchni umyć i wypolerować szklaną płytę pod palnikami. Tak, by się przejrzeć. O oknach marzyć nawet nie śmiałam, a póki lato wróciło to zasłaniam rolety, by Wiśniowa się nie nagrzała i nie widzę ich. Skreślone i… przeniesione na… zaś.

Marzy mi się już taki zasób sił, by działać pełną parą. Fikać po domku i poza domkiem z błyskiem w oku i wszystko mieć ogarnięte. Lubię mieć ogarnięte. A dzisiejsza rzeczywistość zastała mnie – flaka, ze spuszczonym powietrzem. Wczoraj przegięłam, to jasne. Wczoraj byli goście i długie rozmowy, wczoraj był gar wielkiego leczo, sterta prania i… prasowania. Poważne rozmowy z Mr Hubby i rozkminy do północy. W normalnym trybie byłby to pikuś i ledwie część. A póki antybiotyk wyznacza pory mojego dnia, okazuje się iż było tego zbyt wiele. Więc zbieram się, ten flak, od rana i zebrać się nie mogę. Największą aktywnością póki co, a jest już mocne popołudnie, było przetworzenie rosołu w krem pieczarkowy. Wiwat zupa! Czym byłoby życie bez zupy?

A wracając do sedna, o którym chciałam pisać, czyli do planowania. Lubię planować. Rozpisać, rozrysować, wypunktować. Dziką przyjemność sprawia mi skreślanie, odhaczanie i wizja, że skrupulatnie posuwam się do przodu. Krok po kroku. I przez ostatni czas, główny wniosek jaki z tego planowania wyniosłam jest, iż …. powodzeniem wykonania zadań z własnego planowania jest odpuszczanie.

Odpuszczanie, dokładnie!

Jestem z tych ambitnych, które wrzucają sobie z górką, a jeszcze chętnie innych odciążą i pomogą. Efektem tego jest frustracja, bo jak wiadomo doba ma całe 24 godziny i ani minuty więcej. Nie rozciągniesz, nie ma bata. Jak bardzo byś chciała.

Ten wniosek, poprzedzony dziką frustracją iż coś mi nie wychodzi, uczy mnie (bo proces nadal trwa) iż bez mojego 100% świat się nie zawali. Pewnie, są takie sprawy, które wymagają załatwienia priorytetowego i na już, i są to sprawy pierwszej wagi. Ale jest masa takich, które można odłożyć, przesunąć, bądź oddelegować, czy całkiem olać. No trudno. Robotem nie jestem. Ty również. I do takiego planowania również Cię zachęcam.

A po co w ogóle planować?

Przede wszystkim, by zarządzać swoim czasem, a po wtóre by zarządzać nim odpowiednio! Każda z nas ma główne dziedziny życia wokół, których kręci się jej codzienność. Życie rodzinne, praca, hobby. Odpowiednie podkreśl, niepotrzebne skreśl i dopisz te, których brakuje.

W każdej z swoich dziedzin sprawy do załatwienia dzielę na: priorytet, ważne i dodatkowe. Te pierwsze to absolutne „must done”, bez których świat się zawali i na nie poświęcam czas w pierwszej kolejności. Drugie, czyli ważne, robię jako kolejne, ale jeśli widzę iż spełnienie ich nie jest w danym dniu możliwe to przesuwam na dzień kolejny. I tutaj w zależności od ich istoty lądują w kategorii priorytet lub nadal ważne.

Ostatnia kategoria to rzeczy, które upycham gdzie się da. Przy czym staram się również kierować zasadą, że jeśli coś zajmie mi dwie minuty to robię to od razu, bądź przy okazji, nie odkładam. W ten sposób te pierdołki szybko znikają, a u mnie jest ich najczęściej najwięcej. To co znika cieszy i motywuje do dalszego planowania!

Dlaczego zaczęłam to robić?

Zaczęłam się gubić we własnym czasie, w obowiązkach i rzeczach, na których mi najzwyczajniej zależało (przykładowo pisanie postów na bloga). Ciągle mi coś wyskakiwało, ciągle się coś przypominało, a ja mimo naturalnego ogarnięcia, coraz częściej byłam w niedoczasie. To mnie frustruje i zniechęca jak mało co. I tak uważam, że mam stosunkowo łatwo, bo (póki co) odpada mi kategoria ogarnianie dzieci, jednak sporo mam na głowie. Praca, pomoc Mr Hubby w prowadzeniu jego firmy, blog, dom, dźwiganie zdrowia. To obowiązki, a jeszcze równowaga – przyjaciele, bliscy, którzy domagają się czasu oraz atencji. Zdecydowanie łatwiej mi się teraz funkcjonuje, gdy planowanie czasu stało się moją rutyną. Póki co korzystam z tradycyjnego kalendarza, ale przymierzam się do aplikacji Trello. Możliwości są spore i myślę, że dla każdej z nas znajdzie się coś odpowiedniego. Pisz, notuj, rysuj, zakreślaj, instaluj aplikacje, wieszaj kalendarze. Nie ważny sposób, ważne by w Twoim wypadku się sprawdzało.

 

Jeśli temat zarządzania czasem Cię interesuje to polecam zajrzeć na blog Pani Swojego Czasu – masaaaa wiedzy, jeszcze więcej porad i moje organizacyjne guru. To jej głos, lecący z podcastów, można ostatnio najczęściej usłyszeć na Wiśniowej. Polecam 🙂 .