Z natury lubię planować. Lubię wszystko sobie przemyśleć, zorganizować i dopiąć na ostatni guzik. Lubię sobie rozpisać, wypisać. Ba… wypunktować, a nawet rozrysować. Bo na dodatek, to ja jestem moi drodzy wzrokowcem… wszystkie tabelki, wykresy, diagramy oraz pozostałe dary uporządkowanej natury łatwo wpadają mi w oko i równie łatwo zostają. Mój mózg wyjątkowo lubi się tym karmić.
Mimo to, są sytuacje, w których lubię postawić na spontaniczność. Szczególnie, gdy sytuacja jest związana z relaksem, wypoczynkiem lub wycieczką. Uwielbiam wyprawy z Mr Hubby w nieznane, bez szczegółowego planu: co, jak, gdzie i kiedy. Lubię wtedy zatrzymać się, gdy mamy akurat taki kaprys. Zostać w 1/3 zakładanej wcześniej drogi i rozkoszować się miejscem, które wpadło nam w oko i najzwyczajniej mamy chęć i potrzebę w nim pobyć.

 

Jeśli chodzi o nasze plany dorobienia się potomstwa, to początki były całkiem spontaniczne. Były nieśmiałe marzenia, by z podróży poślubnej wrócić już we trójkę, jednak tak się nie stało. Po jakimś czasie, gdy zauważyliśmy, że coś jest nie tak, bo mówiąc dosadnie nam nie wychodzi, zaczęliśmy działać. Jeden, drugi, trzeci lekarz. Badania, konsultacje. Przewinęła się również klinika leczenia niepłodności. Wszystko ustawione jak w zegarku – co do przysłowiowej minuty! Wizyty kilka razy w miesiącu, badania w poszczególnych dniach cyklu, dbanie o jedzenie, higieniczny tryb życia i całą resztę, jaką można było pod to podpiąć.

Tak żyliśmy przeszło 3,5 roku, do majowej operacji i komplikacji z nią związanych. Myślę, że naturalna fascynacja planowaniem i organizacją pomogła mi przejść ten okres. Trudny okres. Miałam, złudne co prawda, ale miałam wrażenie, iż w jakiś sposób panuję nad tym i mam kontrolę. Pomagało to szczególnie, gdy przedłużające się szukanie owocowało pokłutymi od badań rękoma, spuchniętym brzuchem, rozjechanym organizmem. Niby wszystko było po to, by -pomóc, ale tak na zdrowy rozum – żadne nakręcanie organizmu nie służy, a zażywane hormony niosą ze sobą skutki uboczne i rozjechanie jego funkcjonowania.

Obecnie, kończąc powoli okres rekonwalescencji, gdy czuję iż znowu staję na nogi, okropnie boję się kolejnych działań i kolejnego planu. Jestem tym wszystkim potwornie zmęczona, jednak świadomość mijającego czasu oraz tego, że najprawdopodobniej całą diagnostykę musimy przejść od nowa, przeraża mnie. Wiem, że w pewnym momencie musimy się z tym zmierzyć, bo chcemy dać swoje 100%. Jednak jeszcze to nie jest ten moment. Jeszcze nie teraz.

 

Póki co, chciałabym spędzić nadchodzący miesiąc na pisaniu, nauce fotografii oraz obróbce zdjęć. Ogarnięciu mieszkania, bo chodzą za mną delikatne, kosmetyczne zmiany. Za napawaniem się czasem z przyjaciółkami, dla których wreszcie mam masę czasu… Chciałabym oglądać filmy, nadrabiać seriale i tańczyć w rytm muzyki w trakcie pichcenia nowych dań. Pobyć z mężem, którego ostatnio nie widuję w ogóle, bo ma ogrom pracy. Chciałabym robić wszystko, co nie jest związane z planowaniem i organizowaniem planu pod tytułem: dziecko. Spontaniczność, to to czego ostatnio mi trzeba. A kto wie: co, jak, gdzie i kiedy – będzie. Bóg ma nad tym kontrolę i to jest moim buforem bezpieczeństwa. Buforem, który przeczy wszelkiej logice a wypełnia pokojem. Daje mi możliwość spontaniczności w najtrudniejszej sprawie jaka kiedykolwiek mnie dotknęła.

 

O nic się już zbytnio nie troskajcie, ale w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem!  A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie. (Flp4,6-7)