Dawno nie było kosmetycznych nowości, ale też długo nie było mi to w głowie. Poza tym zanim Wam coś polecę, to lubię przetestować kosmetyk na sobie, tak by w swej opinii móc wydać rzetelną opinię. To wymaga czasu. W związku z tym, że zrobiło się ciepło, coraz cieplej, to ciągnęło mnie w stronę kosmetyków odpowiednich na lato, na wyższe temperatury oraz wakacyjne wyjazdy, wypady. Nadal uważam, że nie zawsze wysoka cena idzie w parze z jakością, tym bardziej z dobrym składem… A więc… zapraszam na moje późnowiosenne kosmetyczne nowości.

 

Nawilżający krem BB SKIN79, Dry Monkey

Gdy temperatury zaczęły mocno rosnąć zapragnęłam czegoś lekkiego dla mojej buźki. Codzienna sumienna pielęgnacja pod tytułem woda różana, krem, podkład i puder jest jak dla mnie zbyt mocna na wakacyjny okres, tym bardziej iż moja cera jest typowo mieszana i środkowa jej część lubi pokryć się sebum. Krem BB to kompromis pomiędzy pielęgnacją a codziennym makijażem.

Dry Monkey to całkiem przyjemne połączenie kremu nawilżającego oraz dość dobrze kryjącego podkładu. Dodatkowo zawiera filtry UV, więc na lato jak znalazł. Ma odcień ciepłego beżu z dodatkiem różu i jest bardzo polecany jako idealny odcień dla polskiego typowego kolorytu skóry. Poza Dry Monkey występuję jeszcze 2 odcienie – jeden jest zdecydowanie jaśniejszy, drugi ciemniejszy, ale w zdecydowanie bardziej chłodnym odcieniu. A ja lubię różowe pigmenty w podkładach, więc bez wahania wzięłam małpkę.

Od powrotu z Hiszpanii moja buzia jest lekko muśnięta słońcem i nie pogniewałabym się, gdyby krem był ciut ciemniejszy, jednak nie jest źle.

Krem występuje w niewielkiej tubce, bo 30ml. Jest za to poręczny i ma ciekawą szatę graficzną. Jeśli chodzi o to co kryje się w samym kremie to znalazłam w nim: bogaty w witaminy wyciąg z banana, kwas hialuronowy, filtr mineralny (Titanium Dioxide) oraz sporo emolientów.

Krem pachnie bardzo przyjemnie, ma dobrą konsystencję i jest wydajny. Na twarzy wygląda całkiem ładnie i dobrze się stapia. Trzeba uważać z nakładaną ilością, by nie zafundować sobie efektu maski. Lubi się z innymi kosmetykami a przypudrowany i wykonturowany stanowi niezła bazę na cały dzień.

 

Czekoladowy prasowany puder Toffe Chocolate od Lovely

Puder kupiłam z poleceń w internecie. Szukałam bronzera, który będzie matowy oraz w miarę jasny, tak by służył do codziennego, delikatnego konturowania twarzy. Czekoladka od Lovely spełnia wszystkie założenia, a poza tym przepięknie pachnie czekoladą (zawiera wyciąg z kakowca), dzięki czemu aplikacja pudru jest bardzo przyjemna.

Tak jak wspomniałam, szukałam czegoś w miarę delikatnego i ten puder taki jest. Idealny dla blondynek, które chcą mieć naturalny makijaż. Z tego co widziałam to z tej serii są również dwie ciemniejsze czekoladki, więc i brunetki znajdą coś dla siebie.

Puder kosztuje kilka złotych a jakość w zupełności mnie zadowala. Dobrze się go nakłada, nie zostawia smug i utrzymuje się na twarzy cały dzień. Jest mega wydajny, używam go codziennie już drugi miesiąc a nadal widać na nim „kostki czekolady”. Jestem zdecydowanie na tak i myślę, że nie raz jeszcze sięgnę po tę paletkę.

 

Kredka do brwi Studio Lash Miss Sporty

Po okresie korzystania z paletki do brwi z pomadami zachciało mi się powrotu do sprawdzonych już dawno temu kredek Miss Sporty. Kredki są miękkie, dzięki czemu świetnie się je nakłada i mają średnie krycie, co dla mnie jest na plus, bo wyglądają mega naturalnie. Dodatkowo występują w sporej gamie kolorystycznej, więc jest w czym wybierać. I w tym punkcie zdarzył się mój zonk, bo wzięłam kredkę o wiele, wiele jaśniejszą niż zazwyczaj brałam… Ta obecna jest opisana jako „medium brown” a niestety nie pamiętam jaka nazwa kryła się na kredce, którą zazwyczaj kupowałam. Pomimo to kredka ta daje bardzo, bardzo subtelny efekt, szczególnie przy delikatnym letnim makijażu! Z pewnością ją zużyję w trakcie wakacji, ale na poważniejsze okazje i do makijażu biznesowego dokupię sobie wersję ciemniejszą.

 

Naturalne mydło w płynie Figa od YOPE

Kosmetyki tej marki lubię bardzo i miałam ich już całkiem sporo. Ostatnio pod prysznicem rządzi figa o cudownym kwiatowo-owocowym zapachu. Mój zdecydowany faworyt. Zapach działa na mnie kojąco i przywołuje wspomnienia o dziadkowym ogrodzie początków lata pełnym pachnących kwiatów. Druga rzecz to lubię kosmetyki tej firmy za skład, więc co jakiś czas zaglądam na ich półeczkę w drogeriach i coś sobie wybieram.

 

Olejek Busajna

Olejek dostałam od mojej przyjaciółki, która regularnie go stosuje. Bardzo go zachwalała i postanowiła odlać mi trochę na wypróbowanie. Olej ten to tak naprawdę mieszanina olei, wyciągów roślin oraz maceratów. Skład jest bogaty i jak zapewnia producent ma wszechstronne zastosowanie. Nie przepadam za kosmetykami kombo, bo przeważnie gdy coś jest do wszystkiego, to kiepsko się to później kończy, szczególnie przy tak bogatym składzie. Jednak ten olej pozytywnie mnie zaskoczył. Ma piękny zapach skórki grejpfruta, który bardzo długo się utrzymuje i tutaj należy uważać, bo może powodować migreny u osób wrażliwych. Ma typową oleistą konsystencję, minimalnie lżejszą od typowych olei, pewnie za sprawą roślinnych wyciągów. Bardzo dobrze nawilża, napina skórę i zostawia ją przyjemną w dotyku. Jest brudzący, więc nie nadaje się na szybka aplikację, gdy chcemy ubrać białą sukienkę. Jednak do pielęgnacji wieczornej jak najbardziej.

Póki co sprawdził mi się i w przypadku aplikacji na skórę twarzy, jak i ciała. Zużyję całość jaką dostałam i myślę, że kupię sobie niewielką buteleczkę oleju. Mimo wszystkich jego zalet lubię oleje w czystej postaci, ewentualnie mieszanki, na które mam w danej chwili ochotę i sama je sobie mieszam – ot taki babski kaprys. Olejek Busanja wywołał u mnie migrenę (zapach, o którym wcześniej pisałam), więc będę sobie go dawkować sporadycznie. Mimo to uważam, że produkt warty uwagi.

Na zdjęciach nie ma buteleczki z olejem Busajna, bo ten mój jest odlany do słoiczka 🙂 .