Pachnie już latem i wakacjami. Oj pachnie zdecydowanie. Ciepłe powietrze, promienie słońca, lekki wiaterek i niezmarznięte, a wręcz ciepłe nóżki. Zapach truskawek, mrożonej kawy i koktajli owocowych. Pierwsze ogórki i mizeria do obiadu. Pranie suszone wiatrem i błogi odpoczynek.
Nie pamiętam takiego stanu od dzieciństwa. Nawet nastoletni okres miałam okraszony prowadzeniem domu na końcu świata, rzucaniem okiem na młodszego brata. A teraz mam luz. Taki totalny. Fakt, że podyktowany rekonwalescencją i nie jest to totalny relaks, w czasie którego robię co dusza zapragnie. Niemniej jest mi dobrze i błogo. Tak, słowo błogo obrazuje mój stan idealnie. Wreszcie czuję iż nic nie muszę i że nikt nic ode mnie nie wymaga. Ciśnienie towarzyszące mi ostatnie lata spadło do poziomu parkietu i nie mam najmniejszego zamiaru go podnosić. 

 

Luz, blues i Ameryka. Na Wiśniowej. Wysypiam się, jem zdrowe i pełnowartościowe śniadanka. W większości na ciepło. Poranki spędzam na zacienionym balkonie w towarzystwie mających się coraz bujniej kwiatów i przeglądam czasopisma, czytam książki i obowiązkowo rozmawiam z Bogiem. Maluję paznokcie, nakładam maseczki i smaruję ciało olejami. Popijam kawę robiąc niewymagające obiady. Otaczam się dobrą muzyką. Przyjmuję gości, którzy rozpieszczają mnie smakołykami – chrupiącymi goframi, świeżymi sokami i aromatycznymi zupami. Rozmawiam, oglądam a czasem spaceruję. Pod opieką Mr Hubby rzecz jasna. Jednym słowem dbam o siebie i nie wrzucam w umysł nic, co miałoby go obciążyć. Na to jeszcze przyjdzie pora, aby przemyśleć, przedyskutować i podjąć decyzje co dalej. Ale nie. Jeszcze nie. Póki co jest mi błogo i w tej błogości mam zamiar zostać.

Wieczory również spędzam na balkonowych krzesełkach. A co… trzeba korzystać z uroków lata przed-lata.