Czuję, że wracam do żywych. Tak naprawdę to czuję. Każdy dzień budzę się z większą ilością siły, energii oraz chęci do tego, by działać. Już od kilku dni głowa woła „chce mi się”, ale ciało spowalnia „nie tak szybko moja droga”.
Deszczowy maj nie był moim najszczęśliwszym miesiącem w tym roku, ale to co zafundował mi czerwiec, nie przyszło mi do głowy w najgorszych koszmarach. Na sam, samiuteńki początek, tak jakby dla hecy, bo w dniu dziecka, wróciłam z hukiem do szpitala. Powikłania pooperacyjne. I znowu pytanie ‚dlaczego ja?’. I znowu ta sama odpowiedź – „a dlaczego nie?”. Czym jest szczęście znalezienia się w zaledwie kilku procentach powikłań, po operacjach tego typu, co przeszłam? Może powinnam skreślić totka przy najbliższej kumulacji? Tak dla równowagi… Czas na czerwcowe przyjemności.

 

Dzisiaj jest już dobrze. Wróciłam do domu i faktycznie nabieram mocy. Co prawda operacja zrobienia sobie drugiego śniadania w formie czerwcowego smoothie, była niczym zrobienie wykwintnego obiadu dwu daniowego dla dziesięciu osób. Za to smak i satysfakcja, że faktycznie już mogę – bezcenna. Okrutne osłabienie, bolące żyły po litrach (bo w litrach mogłam już je liczyć) różnego typu kroplówek oraz posiniaczone ciało od zastrzyków to nic.

Jestem niesamowicie wdzięczna za wsparcie jakie otrzymałam. Od przyjaciół i bliskich. Bezinteresowna pomoc w sytuacjach urągających kobiecemu poczuciu godności. Uśmiech i codzienne wsparcie grona położnych na oddziale, na którym leżałam. Tam pracują kobiety z pasją, choć pracę mają okrutnie wymagającą i trudno o chwilkę wytchnienia. Codzienne świeże koktajle i kubki z kawą od Mr Hubby, który to wszystko co się podziało, udźwignął. Choć wiem, że było mu ciężko i musiał przełamać swoje naturalne reakcje na widok krwi, to przeszedł przez wszystko jak burza.

 

Teraz już będzie tylko lepiej. Domowy spokój, wyciszenie i długa rekonwalescencja. To nic. Mam zamiar karmić się tym co najlepsze. W końcu to czas, gdy świeżych dobrodziejstw natury przybywa. Przesiadywać wśród moich pięknie kwitnących kwiatów na balkonie i cieszyć się promieniami słońca. Pisać i uczyć się robić coraz to lepsze zdjęcia. Przyjmować gości i cieszyć się czasem z samą sobą. Oglądać telewizor i poznawać kanały o tym, co nas otacza. Zrobię remont samej siebie i doprowadzę ciało do jakiego takiego stanu. Na paznokcie wróci lakier, a stopy zaczną wyglądać. Chodzić na spacery i to każdego dnia dłuższe, by szybciej wracać do formy.

O ile Bóg pozwoli, to nastawiam się już na same czerwcowe przyjemności.

 

Z najnowszych hitów jakie wpadły w ‚moje ręce’, serdecznie polecam mini serial HBO „Czarnobyl”. Wszystkie pięć odcinków już wyszło, więc można serial obejrzeć jednym ciurkiem. Nie wiem jak bardzo wiernie przedstawione są fakty w produkcji HBO, bo nie interesowałam się tym. Obejrzałam z zaciekawieniem, a to co najbardziej nam się podobało z Mr Hubby, to wierne przedstawienie szczegółów okresu lat osiemdziesiątych. Poza strojami, fryzurami, nawet najdrobniejsze gadżety jak zegarki wyglądały jak wyjęte żywcem z tego okresu. Dobrze się to ogląda.

 

 

Wrzucam Wam również przepis na moje dzisiejsze drugie śniadanko, bo wyszło zacne. Idealne na ciepełko takie jak dzisiaj.

 

Czerwcowe smoothie

 

Składniki:

Dwie garści truskawek, morela, brzoskwinia ciasteczkowa oraz sok z jednej pomarańczy

 

Wykonanie:

Jak to w przypadku smoothie – zblendować. Można dodać pokruszony lód, ale ja akurat nie miałam.