Trochę mnie tutaj nie było. W międzyczasie, a dokładnie wczoraj, świętowany gdzie tylko się obejrzysz Dzień Matki. Posty w mediach społecznościowych, aż grzmiały z tego tytułu zdjęciami, opisami i ogólną radością. Jest co świętować i dobrze się na to patrzy. Dobrze patrzy się na matki świętujące ze swoimi malutkimi pociechami, dobrze patrzy się na zdjęcia pierwszych laurek przedszkolaków, inspirujące pomysły nastolatków oraz pełne wdzięczności i ciepła spotkania dorosłych z ich mamami.

 

Samej sprawia mi radość przypominania Mr Hubby, że oto taki dzień i warto zawitać do swojej mamy z kolorowym, wiosennym bukietem kwiatów. Choć na chwilkę wpaść, pokazać, że się pamięta, i że to wartość, którą warto pielęgnować.

 

Osobiście nie jest mi dane świętować tego dnia ani ze swoim dzieckiem, ani ze swoją mamą.

Tak się potoczyło. Jeśli chodzi o moją własną rodzicielkę, to nie mogę powiedzieć iż łączyła nas najlepsza relacja i mimo, że dziwnie to brzmi, to nie brakuje mi jej. Mimo to miło byłoby wpaść do niej i podziękować. Choćby za to, że jestem. Z drugiej strony całe nastoletnie życie marzyłam, by dowiedzieć się jak to jest mieć matkę, która jest wsparciem i przewodnikiem kobiecego życia. Zamiast tego dorastałam w totalnie męskim świecie, który rządzi się swoimi prawami. Jednak, oczywiście między innymi, dzięki temu jestem w tym miejscu, w którym jestem. Poszukiwaną kobiecość odnalazłam w całkiem innym miejscu i z radością czerpię garściami. Nie mogę powiedzieć, bym była poszkodowana.

 

Zaczynając całkiem spory okres, w którym będę miała możliwość, by zastanowić się nad tym, jak potoczyć dalsze życie, zdałam sobie sprawę, iż cały okres naszego małżeństwa to jest walka o upragnione dziecko. Marzyliśmy o tym z Mr Hubby, by idyllicznie przywieźć ciążę z podróży poślubnej. Stało się całkiem inaczej, a późniejsze lata to pasmo lekarzy, leków i wiecznej zagwozdki dlaczego. Nikt nie potrafił dać nam odpowiedzi. Dopiero kilka miesięcy temu pojawił się konkretny problem, w postaci galopujących ze wzrostem mięśniaków macicy. Strach, stres i pytanie samej siebie: dlaczego ja?

 

A dlaczego nie?

Operacja miała odbyć się początkiem roku i mimo, iż byłam już w szpitalu w 100% przygotowana do niej, to Bóg miał inny plan. Wyszłam ze szpitala przed samą operacją. Z nowym terminem zmuszającym do czteromiesięcznego oczekiwania. Kolejne oczekiwanie, kolejne pytania. W zeszłym tygodniu nadszedł moment X. Tym razem wszystko odbyło się zgodnie z planem. A ja, mimo naturalnej paniki, jaką wywołują we mnie wszelkie medyczne ingerencje, podeszłam do operacji z pokojem w sercu. Doświadczenie tego jest na wagę złota.

 

Nie umiem odpowiedzieć, czy operacja w jakikolwiek sposób zwiększy moje szanse na to, by kiedyś móc świętować Dzień Matki. Większość naszych starań przypada na okres, gdy były one tak niewielkich rozmiarów, że nikt nie zwracał na nie uwagi. A przeszłam przez tabun lekarzy. Mimo to na dzień dzisiejszy, mimo okrutnego bólu podczas poruszania się i totalnego braku sił, nie czuję się źle. Drzwi do sali szpitalnej nie zamykały się i ciągle ktoś przy mnie czuwał, był i dotrzymywał towarzystwa. Mąż, rodzina, najwspanialsze przyjaciółki oraz koleżanki doli/niedoli z łóżek obok. Wszystko okraszone wspominanym wcześniej Bożym pokojem w sercu.

 

Jestem szczęściarą, że mam życie takie, jakie mam. Mam wokół siebie ludzi, którzy są na codzień. Dlatego mam co świętować i jestem za to bardzo wdzięczna.

 

„Zawsze się radujcie. W związku ze wszystkim składajcie podziękowania” 1 Tes5,16,18