Gabarytowo nie ma się czym chwalić. Krajobrazowo również nie. A jednak jest to coroczny obiekt mojej dumy i letnie przedłużenie przestrzeni życiowej. Mimo iż dwa krzesełka, dwie osoby na nich oraz dwie filiżanki kawy to max jaki można tam wcisnąć, to lubię mój malutki balkon po stokroć. A poza krzesełkami i domownikami pijącymi aromatyczną kawę, balkon zamieszkują również kwiaty. Nie morze kwiatów, bo jak to Mr Hubby mówi “zarwałaby się nam płyta balkonowa”, jakbym w głębi dusza chciała, ale co nieco mamy. 

 

Każdy sezon to inna kwiatowa kompozycja. W tym roku cieszy mnie wyjątkowo, bo balkon przeszedł gruntowny remont (wspominałam o tym tutaj). Wygląda po prostu dobrze. Jest wykończony w szarości wpadającej w błękit, z grafitowymi detalami. Dobrze się to zgrywa z czarnymi ażurowymi płytkami jakie już dwa sezony temu kupiliśmy sobie na balkon. Mimo iż w czasie remontu zostały położone piękne i dobre jakościowo płytki, to postanowiliśmy zostawić na nich nasz ażurek, ze względu na łatwiejsze utrzymanie balkonu w czystości. Dodatkowo mniej paprochów będzie wnosiło się do samego mieszkania, a to spory plus.

 

Do całości dochodzą, w większości, grafitowe doniczki na kwiaty, które kilka dni temu obsadziłam całkiem obficie. Pojawiła się niezawodna lawenda jako remedium na wlatujące do mieszkania muchy, komary i pozostałe owady. Niestety na drugie piętro jeszcze wlatują. Lawendę wypróbowaliśmy dwa lata temu i sprawdziła się świetnie. Faktycznie owadów było wiele mniej. W zeszłym roku postawiłam na komarzycę, która również jest polecana, jako roślina nie lubiana przez owady. Porównując obie roślinki stwierdzam, że lawenda bije komarzycę na łeb na szyję. Ale może to być kwestia odmian roślin… Ciężko jednoznacznie stwierdzić, natomiast nie miałam wątpliwości, by znowu pójść właśnie w lawendę.

 

Pojawił się u nas ponownie jaśminowiec. Mimo iż w zeszłym roku rósł mi pięknie, to nie był zbyt mocno obsypany kwiatami. Same pnącza były za to całkiem ładne. Postanowiłam zaryzykować i zabrać jaśminowiec ze sobą na Wiśniową jeszcze raz. W tym roku wiszą w miejscu bardziej osłoniętym od wiatru. Mam nadzieję, iż to im pomoże i rozkwitną pełną parą. Ilość słońca, ciepła i sprzyjająca pogoda również ma coś do powiedzenia, więc mam nadzieję iż pogoda się opamięta i zaserwuje piękną aurę.

Całość uzupełniłam fioletowymi i czarnymi surfiniami, zielonymi pnączami, ziołami oraz małym różowym akcentem, tak by przełamać szaro-biało-fioletowy wygląd balkonu. Mam również wygodne beżowe poduchy, które czekają na odpowiednie krzesełka. Pozostaje jeszcze kwestia dywaniku, by milej było trzymać na nim stópki w chłodny poranek. Zostaje dokończyć zakupy, poczekać na słoneczko i rozsiąść się wygodnie na balkonie. Może ktoś wpadnie na kawę lub szklankę lemoniady?