Wiosna, wiosna ach to ty… wyczekana, wytuptana. Wyglądam sobie zza okno i tak mi dobrze, mimo iż w szarym – burym biurze jeszcze siedzę. Za oknem tak słonecznie, tak radośnie, tak pozytywnie. Tak wiosennie. I mimo, że nadal marznę, bo ciepełko jeszcze nie to, to zrzucone kurtki i płaszcze, są najlepszym dowodem, iż wiosna już tu jest. Wiosna pachnie na całego!

Kilku wiosennych zmian się już doczekałam, kilka sama wprowadziłam, ale na niektóre jeszcze muszę poczekać…
* gorąca woda, bez dodatków

Od jakiego czasu popijam przez cały dzień bardzo ciepłą wodę. Prawie gorącą. Dzięki temu “zabiegowi” jest mi zdecydowanie cieplej, szczególnie w pracy, w której niestety jest chłodno i surowo, a ja byłam wiecznie zła z tego powodu.

Na samo dzień dobry wypijam kubek a czasem i nawet dwa takiej wody. Przyjemne ciepełko w brzuszku pomaga się rozhulać i wejść sprawniej na obroty. Nie jestem pewna czy będę kontynuować to w czasie lata, szczególnie gdy postanowi rozpieścić nas temperaturą, ale póki co sprawdza się to świetnie. Dodatkowo zauważyłam, iż mniej mi się chce pić herbaty i kawy. Szczególnie to drugie jest zaskakujące, bo odkąd zaczęłam pić kawę, to byłam prawdziwym smakoszem tego trunku. Ograniczenie kawy i herbaty to dodatkowy detoks. Może pokuszę się na całkowite ich odstawienie, kto wie.

* duszona, młoda kapusta z marchewką

Starzeję się. Na pewno. Nigdy, nigdy nie sięgnęłam po duszoną, słodką kapustę. Była to jedna z największych zmor mojego dzieciństwa i odkąd pamiętam zdecydowanie odmawiałam konsumpcji tego dodatku. Ponad 30 lat. A tutaj nagle, niespodziewanie… w trakcie tegorocznej wiosny, zaledwie kilka dni temu… po przytarganiu nie za wielkiej, pachnącej główki młodej kapusty, którą kupiłam z zamiarem zrobienia surówki, zamarzyło mi się przerobić ją na wersję duszoną…

Dopiero w trakcie pałaszowania obiadu zdałam sobie sprawę, że jest to dodatek, którego całe życie unikałam jak ognia. A jakie to smaczne… Ile ja straciłam… Mmmm.

Duszona młoda kapusta z marchewką
Składniki:

– 1 młoda kapusta

– niewielka marchewka

– opcjonalnie pęczek koperku

– sól, pieprz, liście laurowe

– woda

– zasmażka bezglutenowa (1 łyżka masła + 1 łyżka mąki bezglutenowej – ja użyłam gryczanej), równie dobrze sprawdza się tradycyjna na mące pszennej

Wykonanie:

– poszatkowaną kapustę wrzucam go garnka, dokładam do niej pokrojoną w słupki marchewkę i zalewam zimną wodą, tylko do przykrycia; dodaję przyprawy i gotuję do miękkości; uzupełniam wodę tak, aby kapusta była przykryta nią

– przygotowuję zasmażkę i dodaję do ugotowanej kapusty; podgrzewam aż całość nabierze odpowiedniej konsystencji

– jeśli chcesz dodać do kapusty koperek, to dołóż go na samym końcu

Smacznego!

* oleje, oleje i jeszcze raz oleje

O myciu twarzy olejami metodą OCM pisałam tutaj, a o moich spostrzeżeniach po miesiącu stosowania jej tutaj. Nadal uważam iż to tegoroczny urodowy hit! Jednak poza tym w mojej kosmetyczce pojawił się olej śliwkowy. Był to gratis do zamówienia kosmetyków. Wcześniej nie zwracałam uwagi na ten olej, mimo iż sporą gamę olei udało mi się już wypróbować.

Olej śliwkowy jest bardzo lekki i szybko się wchłania. Pozostawia bardzo delikatny filtr na twarzy. Myślę iż w przypadku suchej skóry swobodnie można by go używać na dzień. Ja z moją grubą skórą stosuję go na noc. Ma piękny, przepiękny… uwaga – marcepanowy zapach. Do zakochania! Olej jest bogaty w składniki odżywcze – ma sporo antyoksydantów. Świetnie się sprawdza do regeneracji skóry dojrzałej ale i dobrze radzi sobie ze skórą tłustą i podatną na wypryski. Mimo iż zapach bardziej wpisuje się w konwencje zimowe, mi to nie przeszkadza i z rozkoszą nakładam go każdego wieczora.

* zapach wiosny – ARMANI Code Luna

Malutki flakonik, który towarzyszył mi w Hiszpanii. Dostałam od przyjaciółki i od razu pomyślałam, że zabiorę go w podróż. Nadawał się idealnie do kosmetyczki w bagażu podręcznym. Nie miałam wcześniej tego zapachu, ale całkiem dobrze czułam się nim otulona. Będzie mi się kojarzył z kwietniowym wypadem do Alicante. Zdecydowanie tak mi w tym roku wiosna pachnie.

* krem MIYA intensywnie nawilżający z olejem kokosowym

Po wielu, wielu miesiącach stosowania własnych kremów, robionych w domowym zaciszu, przyszedł moment iż zapomniałam zamówić emulgator. Jest to substancja niezbędna do wykonania kremu, bowiem umożliwia ona połączenie fazy wodnej z tłuszczową, która to jest podstawą każdego kremu. Emulgatora zabrakło, zapasy kremów skończyły się. Potrzebowałam czegoś na szybko, a zupełnie przypadkowo przyjaciółka podsunęła mi pomysł na krem tej firmy. Sprawdziłam składy i całkiem miło się zaskoczyłam. Mają cztery podstawowe kremy z serii myWONDERBALM i wszystkie wydają się ok. Wybrałam sobie krem z dodatkiem oleju kokosowego o wdzięcznej nazwie “I’m Coco Nuts”. Świetny! Miła odskocznia od kremów własnych.

* otwarty sezon wycieczkowy

Zaliczyliśmy już dwa konkretne wiosenne wypady. Pierwszy marcowy do Gdańska i drugi kwietniowy do Hiszpanii. Nawet kilka dni pozwala mi całkiem konkretnie odciąć się od rzeczywistości i problemów dnia codziennego, co z kolei skutkuje szybka regeneracją. Zdaję sobie sprawę, że to nie to samo co 2 – tygodniowy urlop, jednak póki co musi mi to wystarczyć. I wystarcza. Lubię przebywać w ładnych miejscach, zwiedzać i poznawać nowe miejsca. Co prawda i w gdańsku i w Hiszpanii już byłam, ale powroty w piękne miejsca są równie wartościowe. Wycieczki to moja bajka.

* przygotowania do sezonu balkonowego

Brzmi to górnolotnie, bowiem balkon na Wiśniowej jest malutki, jednak staram się by każdego roku był zadbany i dopieszczony. W tym sezonie powinien wyglądać całkiem dobrze, bo jest świeżo wyremontowany. Końcem jesieni balkony na dwóch ścianach naszego bloku przeszły gruntowne odnowienie. Nasz również. Nasz co prawda nie wyglądał najgorzej, bo udało nam się z Mr Hubby lekko go odpicować, ale teraz prezentuje się jeszcze lepiej. Już nie mogę się doczekać wystawienia krzesełek na niego i wypicia porannej, sobotniej kawy na nim. Zostaje jeszcze sprawa kwiatów! Tyle roślinek bym chciała, ale powierzchnia nie pozwala mocna zaszaleć. Myślę, iż w tym roku znajdzie się lawenda (powieszę ją naprzeciw drzwi balkonowych, ponieważ wszelkie komary, muchy i inne niezbyt ją lubią i omijają szerokim łukiem) jako pokłosie wspomnień pięknej lawendy w Hiszpanii. Do tego coś dobiorę, by ładnie się komponowało.

Zostaje jeszcze temat ziół, które ostatniej zimy przypadkowo uśmierciłam! Żyły sobie całkiem przyjemnie na balkonie, rosły pięknie, a część z nich była wieloletnia i zasadzona z zamiarem całorocznego korzystania. Klops w tym, że zupełnie zapomniałam o nich. Przypomniałam sobie, że tam zostały w okolicy Bożego Narodzenia i już niestety nie nadawały się do reanimacji… Nauczka na przyszłość i nowy sezon.

Na zdjęciu wersja zeszłoroczna