“Hola” i “mañana” to słowa definiujące Hiszpanów w 100%. I nie ma tutaj nic ze złośliwości, czy uszczypliwości. Oni tacy są i to jest fajne. Ja w nich to lubię! Przede wszystkim wszyscy witają się wesołym “hola” (czyt. “ola”), które znaczy “cześć”. Tradycyjnego dla nas “dzień dobry” nie używa się poza sytuacjami formalnymi, a tych na wakacjach nie uświadczyłam. I dobrze. Drugie słowo kojarzące mi się z Hiszpanią to “mañana” oznaczające “jutro”. Idealnie obrazuje podejście do życia w tym kraju. Wszystko jest spokojne, bez pośpiechu, do perfekcji, ideału i wszystkiego pod kreskę jest im daleko. I to jest w nich fajne, bo mimo iż wszędzie krzywo i nierówno (inżynier się we mnie odezwał…), to nic się nie wali. Tyczy się to budownictwa, jak i ich podejścia do życia. Luz i… España.
Serdecznie zapraszam(y) na małe co nieco z naszego kilkudniowego wypadu na Costa Blanca do uroczego Alicante w Hiszpanii.

Trzeba tam się jakoś dostać…

Tak jak wspominałam w tym wpisie, w Hiszpanii byłam już 7 lat temu i bardzo chciałam tam wrócić. Udało się nam trafić dobrą cenę biletów końcem stycznia. Lot w obie strony na trasie Kraków – Alicante, z małym bagażem podręcznym (podział na bagaż podręczny mały i duży linia Ryanair wprowadziła jakiś czas temu) wyniósł nas niecałe 500zł. Moim zdaniem jest to cena świetna, ale do upolowania tylko w okresie wiosennym. Latem przelot w jedną stronę, dla jednej osoby potrafi tyle kosztować; jesień jest niewiele tańsza. Mimo to warto polować na okazje i wyprzedaże, bo na stronie przewoźnika pojawiają się dość często.

Im bliżej lata, tym więcej lotów Ryanair na tej trasie oferuje. W kwietniu samolot z Krakowa do Alicante latał 2 razy w tygodniu, ale widziałam iż już początkiem wakacji mają zaplanowane 4 loty tygodniowo.

 

Lot trwa 3,5 godziny, więc dobrze jest zabrać ze sobą na pokład jakiś umilacz czasu w postaci książki, gazety lub muzyki. Ewentualnie można nastawić się na drzemkę i szybką regenerację sił. Obsługa w samolocie oferuje przekąski oraz napoje, ale jak to w tanich liniach lotniczych bywa, są dodatkowo płatne. Na pokład można wnieść własne jedzenie, które przejdzie przez kontrolę bezpieczeństwa lub zostanie zakupione w strefie wolnocłowej. Po szczegóły odsyłam na stronę lotniska.

 

Samolot nie ląduje w centrum…

Po przylocie do Alicante okazuje się, że wylądowaliśmy 8 kilometrów od centrum miasta i jakoś trzeba się do niego dostać. Jest kilka opcji. Najwygodniejszą jest przejazd taksówką (nie próbowaliśmy ale zakładam iż ta przyjemność będzie kosztowała kilkanaście euro) lub autobusem miejskim. Należy udać się na poziom odlotów i z tego poziomu wyjść przed halę i znaleźć przystanek autobusowy linii C6. Stojąc przodem do budynku znajduje się on na samym jego końcu, po lewej stronie. Autobus odjeżdża z lotniska co 20 minut przez całą dobę. Bilet kupuje się u kierowcy (swobodnie rozmawiają po angielsku), przykładowo na przystanek Plaza Puerta del Mar i kosztuje on 1,75 euro.

Autobus jeździ pętlą, więc gdy chcemy dostać się z Alicante na lotnisko, to należy wsiąść na tym samym przystanku. Za bilet w tą stronę zapłacimy 3,85 euro!

Mapka linii autobusowej C6: Linea-C6-v6.pdf

 

Gdzie spaliśmy?

W Alicante jest mnóstwo opcji zakwaterowania. Począwszy od ofert biur podróży, które wszystko za nas ogarną, przez hotele i hostele, po prywatne apartamenty, których do wynajęcia jest tutaj mnóstwo. My wybraliśmy hostel w samym sercu starego miasta. Na wybór ten miał wpływ fakt, iż lecieliśmy tylko na 5 dni i chciałam mieć wszystko na wyciągnięcie ręki. Od plaży miejskiej dzieliło nas 5 minut spacerkiem, przez okno hostelu widzieliśmy królujący nad miastem zamek, a wszystkie najpiękniejsze zakątki miasta mieliśmy w promieniu kilku kilometrów.

Hostel mieści się w starej kamienicy, co ma swoje plusy i minusy. Plusy to wspomniana przed chwilą lokalizacja a z minusów można wymienić malutkie pokoje, cieniutkie ściany przez które sporo słychać oraz odgłosy miejskiego, również nocnego, życia dochodzące do pokoju do późnych godzin nocnych. W samym hostelu jest sporo opcji do wyboru – przez pokoje wieloosobowe, pokoje ze wspólnymi łazienkami, z osobnymi łazienkami oraz apartamenty. Co istotne to hostel jest wyremontowany, bardzo czysty i pachnący oraz w cenie pobytu serwuje śniadanie. Wybór jest dość podstawowy ale myślę iż każdy znajdzie coś dla siebie. Dodatkowym atutem jest możliwość zjedzenia śniadania na tarasie widokowym. Nie wiem jak sprawdza się to w środku lata, gdy słońce grzeje z pełną mocą, ale widziałam iż dysponują całkiem sporym arsenałem parasoli dostawianych do stolików.

 

Namiar na wybrany przez nas hostel – klik. Do znalezienia również w najbardziej popularnych wyszukiwarkach noclegów i portalach pośredniczących.

 

Alicante vel Alacant, słów kilka o samym mieście

Alicante jest stolicą prowincji o tej samej nazwie, częścią Walencji oraz wybrzeżem nad Costa Blanca. Miasto jest rozległe, z ludnością powyżej 300 000 osób.

Główne plaże to plaża miejska znajdująca się zaraz przy starym mieście, znana jako Playa del Postiguet oraz ponoć jedna z piękniejszych w całej Hiszpanii Playa de San Juan, znajdująca się na uboczu, ale bardzo dobrze skomunikowana. Nad miastem góruje zbocze z pięknymi ruinami zamku Castillo de Santa Bárbara, które są świetnym punktem odniesienia w trakcie poruszania się po mieście.

Stara część miasta ma uroczą architekturę, pełną pięknych kamienic, schodów, zaułków, które warto oglądać zarówno w czasie dnia jak i nocy. Poza centrum to typowe miasto ze swoim codziennym szarym życiem (oj, jakoś ten opis do Alicante mi nie pasuje, ale o sens chodzi), zapełnionym blokowiskami. I tutaj warto wspomnieć, że nasze polskie blokowiska to mistrzostwo dobrego smaku, w porównaniu w tymi hiszpańskimi. Ale nie jest to nie wpis o budownictwie wielomieszkaniowym…

Poza naturalną chęcią odpoczynku na pięknych plażach, Alicante oferuje sporo miejsc wartych odwiedzenia. Stare miasto dosłownie nadźgane jest kościołami, bazylikami oraz innym elementami architektury chrześcijańskiej. W związku z bardzo zwartą zabudową miasta kościoły te sąsiadują z barami, knajpkami i ogródkami letnimi pod samymi drzwiami wspomnianych dobrodziejstw architektury. Na pierwszy rzut oka może drażnić widok sączących kieliszek sangrii ludzi w ogródku letnim, których mijają osoby wychodzące z kościoła – jest to całkiem coś innego od tego co znamy z własnego podwórka. Ja widzę w tym urok i totalnie mi to nie przeszkadza.

Alicante jest również miastem, w którym znajduje się mnóstwo muzeów. Razem z Mr Hubby odwiedziliśmy dwa, które gorąco polecamy – muzeum archeologiczne oraz sztuki nowoczesnej. Pierwsze znajduje się po przeciwnej stronie góry z zamkiem w stosunku do starego miasta, a drugie zaraz naprzeciw hostelu, w którym mieszkaliśmy. Poza tym miasto oferuje sporo mniejszych muzeów, poświęconych przeróżnej tematyce. Z tego co kojarzę, to jest tam nawet muzeum o tematyce Bożego Narodzenia. Każdy znajdzie coś dla siebie.

 

 Komunikacja miejska

Miasto jest bardzo dobrze skomunikowane. Jeździ sporo autobusów, na przejazd którym, podobnie jak w autobusie jadącym z lotniska, bilet można kupić u kierowcy. Jeśli nastawiasz się na korzystanie z komunikacji miejskiej, to warto zainteresować się kartami przejazdowymi. Korzystanie z nich znacznie obniża koszt pojedynczych przejazdów, ale opłaca się dopiero przy kilkukrotnych przejazdach, lub gdy jesteśmy w Hiszpanii większą grupą (karta jest na okaziciela). Szczegółów nie znam, ponieważ my poruszaliśmy się pieszo.

Wyjątkiem był wypad na plażę San Juan. W związku z tym, że plaża jest dość daleko od centrum to zdecydowaliśmy się na podróż systemem pociągowo-tramwajowym, zwanym TRAM. Poleca się je na dłuższe trasy. Przy zakupie biletu istotne jest by sprawdzić na mapce, na jaką strefę chcemy się dostać, bowiem od tego zależy cena biletu. Na stacji początkowej, w centrum miasta, Luceros wsiadamy w linię L3 i wysiadamy na przystanku Costa Blanca. Jest to strefa (zona) A i pojedynczy bilet kosztuje 1,75 euro.

Mapka – klik.

 

Hiszpania płytką stoi!

Płytki, kafelki i inne tego typu wyroby to domena Hiszpanii, która mocno zaznacza się na ulicach starego miasta. Sporo budynków jest wykończonych właśnie w płytkach. Żeby było śmieszniej, to jeden był wykończony dokładnie w tych płytkach, którymi mamy wyłożoną łazienkę. Zdziwienie nasze było spore, które niestety zaowocowało brakiem zdjęcia.

Sporo tych płytek to mozaiki ułożone w obrazki przedstawiające życie mieszkańców. Dodatkowo każdy róg ulicy jest wyłożony płytkami z nazwą ulicy – nie mam pojęcia czy tak samo jest w nowej części miasta. Całkiem możliwe, iż tamtejsze tabliczki są tradycyjne.

 

 

Hiszpańska kuchnia i dobrocie podniebienia…

Nie da się nie wspomnieć o kuchni hiszpańskiej. Dzięki całkiem odmiennemu klimatowi, odmienna jest również ich kuchnia oraz przysmaki, jakimi się raczą. To co naszym zdaniem warto tutaj spróbować to tradycyjną, hiszpańską paellę z owocami morza, ryby, gazpacho, tapasy, churros z gorącą czekoladą oraz sangrię podawanę ze zmrożonymi owocami. Knajpek serwujących przysmaki jest mnóstwo i poza tymi z jedzeniem z ich własnego podwórka, łatwo można znaleźć pizzerie czy kebabownie. Wiadomo, popyt napędza podaż.

Na poniższych zdjęciach: paella, tapas, churros z gorącą czekoladą oraz szaszłyk.

 

Ciekawą informacją jest, iż praktycznie każda szanująca się knajpka ma w swojej ofercie menu del dia. Może być codziennie zmieniane lub jako stała opcja – zestaw trzech dań w specjalnej cenie. Przeważnie jest to przystawka, danie główne oraz deser. Koszt takiego zestawu to kwota od około 12,50 do 14,00 euro/zestaw. Z tego co zauważyłam to porcje podawane w zestawie są skromniejsze, niż te które zamówilibyśmy jako osobne dania z karty, ale jako zestaw dają całkiem sporą możliwość najedzenia się.

 

… ale to co najlepsze to znaleźliśmy na miejskim targowisku

Mercado Central to miejskie targowisko znajdujące się w pięknym budynku, przy jednej z główniejszym ulic, na obrzeżach starego miasta. Można tam znaleźć wszelkie dobrodziejstwa basenu Morza Śródziemnomorskiego. Jest poziom z  tradycyjnymi szynkami, serami kozimi, z mięsem porcjowanym i w całości. Poniżej jest poziom z owocami morza i rybami. Jest poziom owoców i warzyw. Każdy z nich obłędnie pachnie. Świeżością. Nie znajdzie się tutaj smrodku typowego dla naszego polskiego stoiska rybnego. Tam mają owoce morza w zasięgu ręki i najprościej mówiąc, to po prostu czuć! Ulubionym poziomem Mr Hubby był ten mięsny, mi podobało się bardziej na poziomie w owocami, ale każdy wart uwagi. Poza dobrodziejstwami wymienionymi wyżej można znaleźć tam regionalne wypieki, jajka, wina, oliwy a nawet kosmetyki.

Cenowo bardzo przystępnie jak na naszą polską kieszeń, choć można znaleźć i rarytasy, takie jak szynkę za 190 euro/kg lub krewetki w cenie 78 euro/kg.

 

 

Przyroda, pogoda i to co świat otacza

Przed wylotem do Hiszpanii Mr Hubby pytał, lekko w żartach a lekko poważnie, czy tam aby na pewno będą palmy… Palmy są i to w ilościach hurtowych. Na gatunkach palm się nie znam, ale obstawiam iż kilka odmian by się znalazło. Poza tym jest masa ogromnych fikusów, rododendronów oraz drzewek pomarańczy. Drzewka z wiszącymi pomarańczami znaleźliśmy na środku ścieżki prowadzącej na górę z zamkiem. Niestety pomarańcze były zeszłoroczne i zepsute. Za to mina i radość Mr Hubby bezcenna.

Poza tym widzieliśmy owocujące opuncje oraz kwitnącą lawendę. Zachwyt dla oczu – level master.

 

Plaże są piaszczyste i już początkiem kwietnia piasek był mocno rozgrzany. Nie widzę opcji chodzić po nim boso w środku lata. Plaże są codziennie sprzątane, więc swobodnie można po nich chodzić, niemniej piasek nad naszym Bałtykiem jest… jakiś taki ładniejszy. Trudno mi to sprecyzować, ale ten hiszpański wygląda jak “pył księżycowy”. Określenie Mr Hubby, które idealnie obrazuje to o co mi chodzi. Jeśli chodzi o temperaturę morza, to niestety jeszcze nie zachęcała do kąpieli. Mieliśmy tego świadomość i nie nastawialiśmy się na zabawę z falami.

Inaczej ma się sprawa z temperaturą powietrza. Było około 23-25 stopni i spory wiatr. Wilgotność mignęła mi na jakimś informatorze na poziomie 50%. Wydaje się, iż to nie tak wiele, jednak słońce mocniej tam operuje. Jest zdradliwie, bo nie czuć go tak mocno, ale wieczorny ogląd na ciało mówi coś całkiem innego. Dlatego nawet w pierwszej połowie kwietnia konieczna jest ochrona przed słońcem!

 

Miłościwie królujący nad miastem Castillo de Santa Bárbara

Obowiązkowa pozycja do zwiedzenia. Mimo iż z poziomu miasta wygląda iż z zamku pozostało ledwie kilka murów, to po wdrapaniu się na szczyt okazuje się całkiem spora powierzchnia do zwiedzania. Nadal są to ruiny z kilkoma budynkami na placu oraz kafejką z tarasem widokowym. Od strony starego miasta góra z zamkiem wygląda dość upiornie. Mr Hubby był pewien, iż wkręcam go mówiąc, że trasa na górę to tylko 20 minut. Faktycznie tak jest, idzie się szybko i bardzo wygodnie. Przy okazji pobytu w Alicante gorąco polecam, bo widoki z góry piękne, a i same ruiny urocze.

 

Nocne życie

Nocne życie to spora część kultury Hiszpanów, jak i innych południowców. Przez sjestę w środku dnia, która ma na celu ochronić mieszkańców przed największymi upałami w czasie dnia, wieczorami wychodzą tłumnie na ulice. Mieszają się z turystami i korzystają z uroków miasta i dostępnych knajpek. Biesiadują, rozmawiają, grają do późnych godzin nocnych. Przy okazji obserwacji ich zawędrowaliśmy do knajpki, w której byli sami lokalesi. Miejsce jest nie atrakcyjne wizualnie, jak z czasów dobrego PRL-u. Za to z pysznym jedzeniem i przesympatyczną obsługą pań, nie mówiących ani słowa po angielsku. Lubimy takie miejsca. Cenowo i smakowo nie do podrobienia w lokalach przygotowanych typowych dla turystów.

 

Hiszpanki…

Kobiety, które widziałam w Hiszpanii były bardzo zadbane. Można wyróżnić dwa główne typy kobiet. Pierwsze ubierały się wyzywająco, co jednak w zestawieniu z południowym typem urody, nie było tak wulgarne, jak mogłoby być w przypadku ubranej tak samo słowianki. Drugi typ to kobiety bardzo kobiece. Stylowo ubrane, głównie w sukienkach – zwiewnych, kolorowych i dobrze dopasowanych. Mimo iż Hiszpanki często mają obfite biodra i uda to nie wstydzą się swojej kobiecości i wręcz podkreślają ją. Charakterystyczne są dla nich również bogata biżuteria (która dobrze wygląda na nich) i mocne zapachy. Za Hiszpanką ciągnie się delikatny zapach użytych przez nią perfum.

 

 

UWAGA – podane w poście ceny, linie autobusów czy tramwaju bazują na naszym wypadzie w pierwszej połowie kwietnia 2019 roku.

 

Podsumowując…

Wypad bardzo nam się podobał. Serce mi rośnie, że Mr Hubby tak samo polubił kraj Hiszpanów jak ja. Jesteśmy oczarowani samym miastem, starówką ale i plażami, jedzeniem i ludźmi. Marzy nam się szybki powrót! 🙂