Lubię wyjazdy. Same w sobie, ale również tą całą przygotówkę przed. Proces planowania, wymyślania, kminienia co i jak sprawia mi ogromną przyjemność, radość i uśmiech od ucha do ucha. Pisząc te słowa dzióbek cieszy mi się ogromnie, bo za kilka dni, za dni kilka… uciekamy z Mr Hubby na pierwsze tegoroczne mini-wakacje. Z założenia miał to być weekend, ale troszkę się rozciągnął i zrobił się nam z tego mini urlop. Krótki, wiosenny wypad. 

 

Uwielbiam odwiedzać nowe miejsca, ale i wracać w te, które mnie już wcześniej zachwyciły. Nasze obecne miejsce docelowe odwiedziłam kilka lat temu, a będąc dokładną to 7 lat wstecz – wow, jak ten czas zapinkala… Potrzebowałam wtedy resetu i odcięcia się od dnia codziennego. Wyrwania z kieratu, dlatego poleciałam sama, na bity tydzień. W jednej chwili zarezerwowałam lot, a w drugiej hostel. Bałam się trochę, iż będę czuć się samotnie na tego typu wyjeździe, ale finalnie pozytywnie się zaskoczyłam. To były jedne z lepszych wakacji na jakich byłam.

Miałam czas by pobyć sama ze sobą, miałam czas na podumanie nad tym co było i nad tym co chcę, by było w następnej kolejności. Wartościowy czas, a dodatkowym plusem było to, że spędziłam ten tydzień dokładnie tak, jak chciałam. Miałam chęć iść na plażę, to szłam. Szwendać się po uliczkach? Proszę bardzo. Siedzieć na molo w środku nocy – bardzo proszę. Wszystko było ustawione pode mnie i nie musiałam pod nikogo dopasowywać się. Czas spędzałam intensywnie, miejsce miało sporo uroku i pomyślałam, że chciałabym tam kiedyś wrócić. Najchętniej z osobą bliską sercu.

Mówisz i masz! Kilka lat później z Mr Hubby u boku… Tse tse tse, radość co niemiara! 🙂

 

Wypad zaplanowaliśmy spontanicznie, jakieś dwa miesiące temu. Po powrocie ze szpitala, gdy okazało się iż wiele spraw się komplikuje, a ja jestem tym serdecznie zmęczona. Bąknęłam od niechcenia, że może byśmy gdzieś pojechali… Przewietrzyć umysły, odetchnąć i zmienić otoczenie. Mr Hubby skinął głową, dając zielone światło, a ja… przez przypadek trafiłam na dobrą cenę lotów. Od pomysłu do decyzji było kilkanaście minut – klikaj, rezerwuj, płać. Pach i gotowe! Wracam w moje miejsce po kilku latach…

Zapragnęłam, by znaleźć się również w tym samym hostelu, co poprzednim razem. Bach i gotowe. Była dobra cena, bo bądź co bądź, to pierwsza połowa kwietnia, a nie środek sezonu. I co z tego, skoro lecimy w miejsce pełne słońca i zdecydowanie cieplejsze od naszych rodzinnych stron. Nie muszę leżeć plackiem na plaży. Wystarczą mi spacery po niej i moczenie stóp w morzu. Szwendanie się po pięknych uliczkach starej części miasteczka, jedzenie świeżych owoców siedząc na schodach między domami lub kawa wypita przy stoliku wciśniętych między stare, ale jakże piękne kamieniczki. Śniadanie na tarasie z widokiem na piękny zamek. Aj, bo nie wspomniałam – hostel znajduje się w samym centrum starego miasteczka i w te wszystkie najpiękniejsze zakątki będę miała – wróć – będziemy mieli rzut beretem… Jak dla mnie bajka.

Sporo chciałabym pokazać Mr Hubby, ale nie robię planu i nie mam zamiaru cisnąć, by nóżki nam odpadły. To mają być wakacje i wspólny luźny czas, nastawiony na odpoczynek i spontaniczne pomysły. Hmm… nietypowe jest dla mnie, by mieć plan, aby nie mieć planu.

 

Jest tylko jedna rzecz jakiej nie odpuszczę. Pójścia na targowisko i zakup świeżych, pachnących i niezwykle aromatycznych truskawek! W kwietniu jest już na nie pełnia sezonu w Hiszpanii. O, i wydał się cel naszej małej podróży… To nic, a po powrocie opowiem jak było, a póki co biegnę się pakować, malować pazurki i nagrywać muzyczkę na wyjazd… 🙂 Przypomniało mi się, czego słuchałam podczas poprzedniego wypadu, tego 7 lat temu. Nadal kojarzy mi się z wakacjami.

 

Słowo przewodnie na kolejne dni: szwendać się.