Ostatni post zatytułowany “Top 7” cieszył się sporym powodzeniem, a mi całkiem fajnie się go pisało, więc postanowiłam pociągnąć temat w formie cyklu. Why not? Ostatnio mam fazę powrotu do ostrego muzykowania – słuchania starych, dobrych kawałków, do których regularnie, od wielu już lat, wracam. Wracam, gdy mam gorszy dzień, wracam gdy jestem szczęśliwa. Wracam do nich w czasie ogarniania domu, odpoczynku, czytania książek, lub gotowania. Bardzo lubię nowości (kultowa lista trójki się kłania), nowe muzyczne smaczki, nowe odkrycia i zaskoczenia, ale lubię również moją stałą bazę i ulubione muzyczne kawałki.
Muzyka pozytywnie działa na nasz mózg. Odkryto, że w trakcie słuchania muzyki w organizmie wydziela się dopamina, a więc neuroprzekaźnik odpowiedzialny za energię do działania i samopoczucie, a także za nasze przyjemności. Ponoć samo oczekiwanie na ulubioną muzyką powoduje już wyrzut dopaminy do organizmu.

 

W okresie gdy mam sporo na głowie, muzyka pomaga mi się wyciszyć i nabrać dystansu. Na pierwszy rzut oka, można by pomyśleć, że nadmiar myśli w głowie połączony z dźwiękami dobiegającymi z zewnątrz, stworzą chaos. U mnie jest odwrotnie i gdy mam problem z poukładaniem sobie swoich spraw w głowie, to muzyka pomaga mi w tym. Dodatkowo przypomina mi się, iż już jako dziecko lubiłam uczyć się przy cichej, lecącej w tle muzyce. Uczyłam się tak całą szkołę średnią, jedne i drugie studia. Wydaje mi się, że jest to cecha bardzo osobnicza, bo dla Mr Hubby nie do wyobrażenia i zaakceptowania. On do skupienia potrzebuje bezwzględnej ciszy, spokoju i odcięcia od rozpraszaczy.

Nie jestem muzykiem, na ucho nadepnął mi słoń (lekcji muzyki i przymusowego śpiewania w szkole nie cierpiałam), nut nie rozróżniam a klucza wiolinowego w pięknej krasie nie napiszę. A może nie narysuję? Zwał jak zwał, wiadomo w czym rzecz. Mam problem określić w którym momencie kończy się czysty śpiew, a zaczyna fałszowanie. Nie znam się i jestem total amator. Mimo to, właśnie amatorsko, muzykę kocham i jest sporą częścią mojego skromnego życia.

 

 

Moje Top 7 – amatorskie, subiektywne muzyczne wow:
1. Bebe i kryjąca się za pseudonimem María Nieves Rebolledo Vila

źródło_zdj.1

Hiszpańska piosenkarka, autorka tekstów i, co wcześniej nie wiedziałam, aktorka. Odkryłam ją zupełnie przypadkowo w trakcie kilkudniowego wypadu do Hiszpanii w 2012 roku. Ujęła mnie swoim głosem i emocjami jakie kryją się w jej piosenkach. Jest energetyczna i z tym głównie jej muzykę kojarzę. Co nie oznacza iż stroni od ballad i spokojniejszych kawałków. Wychowała się w muzycznej rodzinie, więc dźwięki otaczały ją całe życie. W trakcie studiów aktorskich w Madrycie, zaczęła śpiewać w małych knajpach. Rozpoznawalność zdobyła po zdobyciu nagrody Best New Artist w ramach Grammy w 2005 roku.

Ponoć najbardziej popularny kawałek Bebe: Malo, a tutaj jeden z moich ulubionych.

 

2. Imany vel Nadia Mladjao

źródło_zdj.2

Francuska piosenkarka, autorka tekstów oraz modelka. Dziewczyna o pięknej urodzie i ciekawym głosie. Jej muzyka jest określana jako z pogranicza akustycznego, etnicznego folku i bluesa o soulowym zabarwieniu. Jakkolwiek kosmicznie dla mnie to brzmi, to ja to kupuję i z chęcią słucham.

Utwór, z którego jest najbardziej moim zdaniem rozpoznawalna, pewnie sporo osób kojarzy – klik.

 

3. Cesária Joana Évora znana również jako “Bosonoga Diva”

źródło_zdj.3

Nieżyjąca już piosenkarka z Wysp Zielonego Przylądka, która w muzyczny świat weszła po pięćdziesiątce. Ze względu na charakter swoich występów, bez żadnej charakteryzacji, bez makijażu a nawet bez obuwia – zdobyła swój pseudonim. Mówi się, że nie robiła nic by zjednać sobie prasę, krytyków a nawet publiczność. Mimo to ludzie ją kochali. Za szczerość, autentyczność, charyzmę i egzotykę, którą kipiała.

Myślę, że wszystkie znane Besame Mucho.

 

4. Concha Buika występująca jako Buika

źródło_zdj.4

Hiszpańska śpiewaczka i kompozytorka mająca korzenie w Gwinei Równikowej. Jej muzyka to mieszanka flamenco, soul i jazzu z akcentami cygańskimi. Nazywana “królową flamenco”. Ma charakterny i mocny, chropowaty głos. New York Times napisał, iż artystka taka jak ona, zdarza się raz na pokolenie.

Jeden z moich ulubionych utworów – klik.

 

5. Kora, a właściwie Olga Aleksandra Sipowicz z domu Ostrowska, primo voto Jackowska

źródło_zdj.5

Nasza rodzima piosenkarka i autorka tekstów. Jedna z najbardziej kolorowych artystek polskiej sceny. Awangardowa, działaczka i obrończyni ideałów. Lubiła stawać po stronie słabszych. Miała hipnotyzujący głos, który zelektryzował mnie przy pierwszym zetknięciu. Jej muzyka zaczęła przewijać się u mnie w okolicy 1, 2 klasy szkoły podstawowej i regularnie do niej powracam.

Trudno wybrać jeden utwór Kory, więc wrzucę ten, który jako pierwszy przyszedł mi na myśl. Zanim klikniesz, spróbuj zgadnąć który 🙂 – klik .

 

6. Michael Jackson

źródło_zdj.6

Tego artysty nikomu przedstawiać nie trzeba. Sporo o nim można powiedzieć, ja skupiam się na jego dokonaniach muzycznych. Wyłącznie. Lubię całą jego twórczość, natomiast najczęściej wracam do tej z okresu… czarnego, że tak to ujmę.

Lubię jego głos, teledyski i widowiska jakie dawał w trakcie koncertów – fenomenalne. Uwielbiam.

Moje number one – bezapelacyjnie – Billie Jean.

 

7. Grabaż vel Krzysztof Grabowski

źródło_zdj.7

Wokalista rockowy, autor tekstów i kompozytor. Znany głównie z zespołów Pidżama Porno i Strachy na Lachy. Człowiek, którego głównie cenię sobie za teksty, osobowość i publiczne występy. To jedyna osoba z zestawienia, co do której nie mogę powiedzieć iż ma świetny głos. Z całym szacunkiem do pana Grabaża, ale nie ma… ale… słucha mi się go wyśmienicie! A w połączeniu w cechami wymienionymi wcześniej, to jedna z moich ulubionych gwiazd polskiej sceny muzycznej. Słucham i w wydaniu bardziej rockowej Pidżamy i bardziej lirycznych Strachów. Moje serce zdobył na koncercie w małym, zapyziałym domu kultury. Koncertowy mistrz!

Moje Strachy i Piła tango.