Remont naszego mieszkania to druga, zaraz po ślubie, rewolucja w życiu Mr Hubby. Jego męska jaskinia, okupowana do tej pory wyłącznie przez chodzący testosteron, została zrównana z ziemią. Może nie dosłownie, bo ściany stoją tam gdzie stały. Ogólny charakter i wystrój mieszkania zmienił się jednak nie do poznania.

 

Początki były zabawne 🙂

Pamiętam jak na początku naszej znajomości, zaprosił mnie do siebie na kolację. Stanął na rzęsach, aby wszystko wyglądało i smakowało wyśmienicie. Mieszkanie wysprzątane a stół nakryty obrusem. Ustawiony na środku lekko zagraconego pokoju, pełniącego rolę biura. Talerze i sztućce. Papierowe serwetki. Musiała to być dla niego ważna kolacja. Chciał zrobić na mnie dobre wrażenie. Naturalnie lubuje się on raczej w klimatach kebabowo-kanapowych a nie w klimatach polerowanych sztućców.
Wszystko okraszone było przytłumionym światłem, malutkich biurowych lampek, rozstawionych po kątach pokoju. Specyficznie ale romantycznie – pomyślałam. Radzi sobie facet jak umie!

Po kilku tygodniach okazało się, że faktycznie. Radzi sobie jak umie a romantyczne, przytłumione światło małych lampek w pokoju, było wymuszone przepaloną… instalacją elektryczną w większej części mieszkania 😀 . Ta anegdotka najlepiej odzwierciedla stan mieszkania z jakim musieliśmy się zmierzyć, zaczynając wić wspólne gniazdko 🙂 .

 

W akcji.

Miałam tysiąc pomysłów na aranżację mieszkania. Poza tym, że nie było mowy o zwiększeniu przestrzeni – no bo niby jak, to Mr Hubby dał mi wolną rękę przy planowaniu i wcielaniu w życie pomysłów na funkcjonalność i wygląd mieszkania. A przestrzeni nigdy dość przy kobiecych szpargałkach. Nie powiem, sprawiło mi to masę radości. Choć pod koniec miałam już serdecznie dość przesiadywania w sklepach budowlanych, gdzie większość pracowników kojarzyłam, jeśli nie z imienia na plakietce, to z twarzy już na pewno. W ciemnej uliczce również bym ich poznała.

Niemniej czas ten wspominam dobrze. Patrząc wstecz i na chwilę obecną, jestem zadowolona z tego jak urządziliśmy naszą przestrzeń. Po trzech latach to i owo “niewykończone” przestało kłuć w oczy a zlało się z otoczeniem. Trochę przeraziło to moją wewnętrzną potrzebę doprowadzania spraw do końca. Ostatnie tygodnie poświęcone większej uwadze samej sobie i temu co dookoła znajduje się, zaowocowały rozbudzeniem pragnień doprowadzenia przestrzeni do ładu ostatecznego. Dopilnowaniem, by wszędzie pojawiła się przysłowiowa kropka nad “i”. Na pierwszy ogień poszedł wąski przedpokój. Niewiele mu brakowało, a baza była już przygotowana. Postawiliśmy na ciepłe kolory – beżu i złotych pasów, którymi udało się nam wizualnie poprawić proporcje pomieszczenia.

 

Przysłowiowa kropka nad “i” z pasami w tle.

Dzięki wspomnianej bazie oraz pomocy Mr Hubby, w naszym przedpokoju pojawiła się szafka na buty. Szafka w domu jest już dwa miesiące, ale jej obecność musiała się… “uprawomocnić”. Pozostawienie jej do chwili zamocowania na środku wąskiego i długiego przedpokoju nie przyspieszyło procesu. Mimo ciągłego przepadania przez nią, zaczęła służyć jako miejsce do odkładania drobiazgów. Pewnie by tam zapuściła korzenie i zarosła całkiem tymi drobiazgami, gdyby nie to moje przebudzenie i grzeczne upomnienie się o powieszenie jej, w miejscu do tego zaplanowanym.

Szafka zawisła pod okrągłym lustrem. Razem dało to całkiem przytulny efekt, który trudno uzyskać w blokowych wąskich przedpokojach.